Foto zmiany

Losowy album

Zostań współautorem !

Napisz do nas


Nasze Statystyki Odwiedzin
Hasło - sprawdzam
stat4u

Wyprawa do Nienadówki


Hanusia Chorzempianka Fragmenty szerszego opracowania na podstawie zapisków ks. Pawła Smoczeńskiego pt. "Zjawiska mediumistyczne" oraz materiałów z ówczesnej prasy.


powiększ zdjęcie W chałupie gospodarza nienadowskiego, Jędrzeja Chorzępy rozegrały się wypadki wywołujące poruszenie w samej wiosce, Galicji, Królestwie, jak i daleko, daleko za granicą. Jej bohaterem stałą się zaledwie 14- letnia córka Jędrzeja, Hanusia pozostająca przez kilkanaście miesięcy pod wpływem jakichś tajemnych sił, które rychło uznane zostały za knowania samego diabła. Na to wskazywał zarówno ich charakter, przebieg, jak i niezwykłe okoliczności występowania.

17 stycznia 1898 r, zjechali do Nienadówki niezwykli goście z Krakowa: redaktor tygodnika "Życie" Ludwik Szczepański i dr. Artur Górski, późniejszy ideolog Młodej Polski.
Przybyli tu, odwiedzając ks. wikarego, rodzinę Chorzępów, udali się do Sokołowa "by - zdaniem ks. Pawła- sprawdzić fakta pisane w gazetach o Annie Chorzępiance" Owocem ich podróży i pobytu w naszych stronach jest obszerny reportaż Ludwika Szczepańskiego pod tytułem "Wyprawa do Nienadówki", zamieszczonego w numerach IV i V "życia" ze stycznia 1898 r.

Poniżej jego treść, z oryginalnie zachowaną pisownią.

Wyprawa do Nienadówki
powiększ zdjęcie Naczytaliśmy się ostatnimi czasy niemało o "cudownej" dziewczynie, Annie Chorzempiance z Nienadówki, rzekomo opętanej przez diabła. Chłopi, żandarmi, księża - wszyscy stwierdzili niejednokrotnie u tej dziewczyny objawy dziwne i zgoła niewytłumaczalne. Otóż wnosząc z tych relacyi, udzielanych przez ludzi, którzy o kwestyach medyumizmu i o odnośnej literaturze nie mają żadnego pojęcia, doszedłem do przekonania, iż Anna Chorzempianka posiada prawdopodobnie w wysokim stopniu zdolności "medyumiczne" napotykane tak rzadko, a tak godne stwierdzenia i zbadania.

Wespół z dr. Arturem Górskim postanowiliśmy się przekonać naocznie o tej dyabelskiej sprawie. W nocy z poniedziałku na wtorek przybyliśmy do Rzeszowa, gdzie dowiedzieliśmy się, że od Nienadówki dzieli nas trzy mile drogi.

Doskonale ! Po porannej konferencji z gospodarzami hotelu "Victoria", który wyłuszczył nam swoje zapatrywania na kwestię dyabelstwa w tym sensie, że "panowie potrzebują wiedzieć, że der Teufel lubi siedzieć in der Wuste, ale skążeby się wzion w Nienadówce" - bierzemy powóz. Dwie tęgie szkapy raźno kłusują bitym gościńcem.

Okolica równa jak stół, wyiskrzona od mrozu. Nigdzie kęsa lasu nie ujrzysz, tylko kępki drzew tu i ówdzie ciemnieją na widnokręgu. Chałupy dosyć porządne, lud o energicznym wyrazie twarzy w magierkach na głowie, odziany w szare lub bronzowe sukmany. Szkoły murowane. Znać pewien dobrobyt i wyższy poziom kultury. Rzeszów to przecież kolebka "konfederacji rzeszowskiej", arena zapasów między ludowcami a ks. Stojałowskim kandydującym właśnie w okręgu sąsiednim Łańcut - Nisko , a popieranym obecnie przez neokonserwatystów. Dowiedzieliśmy się później, że także ks. Stojałowskiego zawezwano do Anny Chorzempianki, by uspokoił jej rodziców, zmówił nad dziewczyną pacierze i dał jej do noszenia na ręce poświęcony łańcuszek żelazny.

Dojeżdżamy wreszcie do Nienadówki - Z dala widnieje piękny, duży, nowy kościół z ciosanego piaskowca w stylu gotyckim. jeden z nielicznych kościołów po wsiach mający architekturę, stanął niedawno za staraniem sędziwego proboszcza księdza
, który w tym roku został szambelanem papieskim.
Nienadówka jest typową polską wsią. Rozsiadła się na równinie, rozciąga się na pół mili, a liczy coś około 800 domostw. Zajechaliśmy do karczmy, naturalnie żydowskiej.


Rozmowa w karczmie
Za stołem siedzi wcale inteligentnie wyglądający wójt i pisarz, czyli "sekretarz" jak go pan wójt Śliż nazywał. Pragnąłem na obiad sporządzić jajecznicę: karczmarka nie chciała dać rondelka, bo się strefni. Od miejscowego nauczyciela jednak pożyczyliśmy naczynia i niebawem obiad stanął na stole. Pan wójt i pan sekretarz wódki nie pijają częstujemy ich tedy piwem zabranym przez nas z Rzeszowa i rozpoczynamy dyskurs oczywiście o Chorzempiance.
Pan wójt mówi gwarą, pan pisarz stara się o styl wykwintniejszy. Opowiadają, że ciekawego narodu mnogo zaglądało już do chałupy Chorzępów, że sami również widzieli to i owo, czego wytłumaczyć nie mogą: może to "lastryka (elektryka), albo co inszego. Pan Wójt widział na własne oczy, jak drzwiczki pieca same wyskoczyły na izbę... Co myśleć o tem nie wiadome. I księża byli, ale to też nie pomogło.
A ksiądz wikary, dobry on ? - To bardzo godny ksiądz. On to panom wszystko dokumentnie powie.


Na wikarówce
Podążamy tedy na wikarówkę. Domeczek mały nad gościńcem, dwie izdebki obielone wapnem, niezbędne jeno sprzęty, skromno i ubogo.

Ksiądz wikaryPaweł Smoczeński, przyjmuje nas gościnnie. wydaje się wielkim oryginałem, a żywot pędzi - zda się - ascetyczny. Niskiego wzrostu o twarzy krągłej, mówi powoli, cicho z namysłem, a stara się o każdej sprawie wydać sąd własny. Polityką się nie zajmuje, ale jesty przeciwnikiem ks . Stojałowskiego, który go zaczepiał pono w "Pszczółce". Czytuje jedynie "Ruch katolicki" wypożyczany od proboszcza. O medjumiźmie, o hipnozie ksiądz wikary nic nie wie: zna jeno z nazwy. U Chorzępianki był z 15 razy i widział różne objawy, których sobie wytłumaczyć nie może. jednego wieczora niesamowite zjawiska: pukania, drapania w ścianę, rzucania przedmiotów - wystąpiły z taką siłą że zmieszany ksiądz na próżno używając egzorcyzmów zaprzestał odwiedzin. Udał się do biskupa, prosząc o delegowanie komisji, celem zbadania sprawy. Biskup jednak wysłał ks. dziekana, któy poświęcił dom - na próżno ! Strachy nie ustąpiły Byli i lekarze, niejaki dr. z Sokołowa i dr. Bukowski. Pierwszy doniósł do namiestnictwa, ze wszystko jest oszustwem, drugi raz tylko oglądnął dziewczynę
- A cóż żandarmi ?
- wachmistrz Beigel (ten który napisał inteligentny raport stwierdzający zjawiska a ogłoszony potem w "Kurierze Lwowskim" ) został za karę za owo doniesienie już przeniesiony z okolicy !
- A cóż inni żandarmi ?
- I oni wszyscy widzieli dziwy, ale teraz cicho siedzą. Był starosta z Kolbuszowej, zajrzał pod stół, pod ławę: gdzie ten dyabeł ?
- A dziewczyna ?
-Dziewczynę wskutek nakazu starostwa strzegą teraz dzień i noc nowi żandarmi, którzy mają podobno pilnować jej przez dwa tygodnie. Niesamowite objawy teraz od czterech dni ustały, ale i poprzednio zachodziły podobne, czasem dłuższe jeszcze przerwy.
- A czy ksiądz obserwował dziewczynę w czasie objawów ?
- A tak ! Przed objawami poczyna dostawać kurczów , rzuca się na ławie, wargi sinieją, także czkawka występuje u niej niekiedy.

- Aha ! Myślę sobie. Znane to objawy u medjów przed zapadnięciem w trans. U Eusapii, według Ochorowicza, bardzo podobne występowały zjawiska. Więc w drogę do Chorzęmpów ! Wsiadamy do powozu. Do chałupy Chorzęmpy trzeba jeszcze jechać ze trzy kilometry wiejską drogą po grudzie.


W chałupie djabelskej
Zajeżdżamy wreszcie przed chałupę niewielką, słomą krytą, z małemi okienkami. - Niech będzie pochwalony !

wchodzimy do izby. Izba słynna djabelskimi psotami, to taka zwykła izba w chałupie chłopa galicyjskiego. Maleńkie okienko, wielki piec w kącie, ławy dookoła ścian, niezbędne jeno sprzęty gospodarskie, podłoga z ubitej czarnej ziemi.

Znajdujemy w izbie całą rodzinę. Matka stara i przygarbiona z okularami na oczach, szyje koszule z zgrzebnego, domowej roboty płótna. Ojciec z głową małą, zwiędłą, wygląda na grzyba obrosłego włosem, wraz z kucharką zajmuje się łuskaniem grochu. Na ławie siedzą jeszcze: młoda przystojna ale wątła córka Jewcia, od niedawna zamężna i owa cudowna dziewczyna Hanusia Chorzęmpianka

Blade to anemiczne stworzenie, siedzi koło matki ze skulonemi nogami. - Wygląda jakby miała lat 10 , a ma prawie 14 lat. Wydaje się w obejściu wcale inteligentną, rozwiniętą umysłowo ponad poziom swego otoczenia, a zarazem wielce delikatną, nerwową, cichą i zalęknioną. Sprawia na ogól wrażenie bardzo sympatyczne.

Przybycie nasze nie rzuciło wcale popłochu między zebranych . Snać chałupa Chorzęmpów nie pierwszy raz widzi takich nieproszonych gości. Witają nas przyjaźnie, nie przerywając roboty. Zaczem rozpoczynamy gawędę. Słyszymy znowu opowieści o tem co się działo. I dziewczyna na zapytania odpowiada ale tylko półsłówkami, jak ją , "coś" biło, jak coś drapało w ścianę itp. Częstujemy ją czekoladą: cóż kiedy jej to nie widzi i nie smakuje.

Próbuję tedy zbadać za pomocą hipnoskopu Ochorowicza, na jakim stopniu dziewczyna podatna jest na hipnozę. Okazuje się słabo wrażliwą. Próbuję ją zahipnotyzować - ale po minucie wydziera mi ręce, bo się boi moich praktyk i senności jaka ją ogarnia. Gadamy tedy dalej z rodzicami. dziwne objawy u dziewczyny ustały od dni kilku: wszyscy cieszą się, że spokój nastał w chałupie. Da bóg, że to złe już nie wróci !

- A gdzie żandarm ?

Ady siedzioł bez dwa dni i pilnował Hanusi. Posed do Sokołowa, i co ino go nie widać

Dowiadujemy się że biedny strażnik przez dwa dni nie spuszczał oka z dziewczyny i nawet na dwór ledwo jej wyjść dawał. Że jednak teraz jakoś ustały te psoty diabelskie, jakie widzieli poprzedni żandarmi, więc pan żandarm trochę pofolgował. Podobno jeszcze przez dwa tygodnie mają żandarmi wysiadywać w chałupie na utrapienie dziewczyny, która już ledwie zipie....

Winszujemy po cichu panu staroście z Kolbuszowej inteligencji i energii, z którą koniecznie pragnie nienadowskiego djabła przy pomocy żandarmów za ogon ucapić i o paszport zapytać.

Tymczasem na wieść o naszym przybyciu poczynają w chałupie zbierać się sąsiedzi. Zasiadają ławy i godnie gwarzą. Chłopy wcale inteligentne. O jakichś zabobonach, lub niechęci ku Chorzęmpom, o prześladowaniu opętanej dziewczyny nie ma wcale mowy. Relacje dzienników były zupełnie mylne. Jedni myślą, że to jakaś choroba, drudzy, że to lestryka (tak sobie tłumaczył wachmistrz Beigel sztuki w chałupie), bo skądżeby się djabeł przyczepiał do niewinnej dziewczyny ? Swoją droga Chorzęmpowie i na mszę dali i krowę zabili i sprzedali na kościół i w klasztorze się modlili, coby ino Pan Bóg nad niemi się ulitował.

W ciągu tego wieczora stwierdziliśmy, że w tej chłopskiej rodzinie serdeczny panuje stosunek oraz delikatność uczuć, które aż nas zadziwiły. Z licznych spostrzeżeń nabieramy też pewności, że o oszustwie świadomem ze strony rodziny mowy być nie może. Wszystko co słyszymy, zdaje się stwierdzać u dziewczyny zdolności medjumiczne. W tych jednakowoż warunkach, w jakich się znajdujemy, o jakimkolwiek badaniu ścisłem, mowy być nie może. Pragniemy zatem dziewczynę zabrać do Krakowa i umieścić ją tam u jednej rodzinie znajomej. Posyłamy powóz po księdza wikarego. Niebawem ksiądz nadjeżdża i z jego pomocą udaje się nam wreszcie skłonić Hanusię do tak dalekiego wojażu. I stara Chorzęmpowa ma z nią razem jechać, żeby się przekonała, że Hanusi dobrze będzie i że u tych państwa będzie miała inne dziewczynki do towarzystwa i zabawy i że profesor Cybulski który także pragnie Hanusię poznać, jest bardzo dobry pan. Po licznych ceregielach i łzach rozczulenia Hanusia poczyna wreszcie robić toaletę na drogę, bo chcemy aby z nami odjechała zaraz wieczorem. Tymczasem narodu zgromadziło się sporo, chałupa pełna ludzi: zazdroszczą Hanusi wyjazdu, ale ona się ociąga, pełna żalu i bojaźni.... w Końcu po nowym wylewie łez żałosnych wsiadamy do powozu, aby wrócić na wikarówkę.

Już noc zapadła, ciemna, że oko wykol. Z zagrody Chorzęmpów trzeba przejechać polem jakieś 30-40 metrów, żeby dostać się na drogę. Jedziemy ostrożnie pomalutku. Nagle trzask ! Krzyk... Powóz stacza się w jakąś jamę, pochyla niebezpiecznie, konie szarpią się w uprzęży woźnica spadł z konia, klnie - a my wyskakujemy czemprędzej. Rany boskie ! Zapalić zapałkę. Koło, resory, przód cały powozu połamany ! Jeden koń przewrócił się i skaleczył w nogę. Stoczyliśmy si z pochyłości w jamę przymarzłą lodem - i djabli powóz wzięli ! I oto w Nienadówce utworzyła się już legenda że djabeł nie dał wywieść dziewczyny opętanej.

Naprzód jednak ratujcie Hanusię ! Ta bowiem z przerażeniem trzęsie się cała. Tymczasem wybiegają z chałupy i zaciągają połamany wóz przed karczmę. My zaś piechotą podążamy na wikarówkę. Hanusia z nami. Po kolacji odsyłamy dziewczynę (dziewczyna sama w nocy, albo przez ciemną izbę nie pójdzie) do pobliskiego sąsiada. Za chwilę jednak sytuacja, która zrazu wydawała się komiczną, poczęła nas złościć. O dzielny starosto kolbuszowski ! Niechaj sława twoich mądrych zarządzeń przejdzie do kronik i na karty historyi !

Piliśmy spokojnie herbatę. nagle z chrzęstem broni i hałasem wchodzi anioł stróż Hanusi, z ziajany żandarm z Sokołowa. Ma on rozkaz strzec dziewczyny, befel ist befel Bogu, by co prawda dziękował gdyby go zwolniono od tej służby, ale befel ist befel
Co tu robić ? Śmiejemy się chórem wszyscy czterej i pijemy herbatę. Poczem żandarm zabiera list do pana wachmistrza. Z odpowiedzią ma być u nas jeszcze w ciągu nocy. Kładziemy się spać: jak tam możemy, bo ksiądz wikary chudopachołek nie ma poduszek. Ale śpimy jak zabici.

Nad ranem wchodzi żandarm, z odpowiedzią od wachmistrza: Der Herren aus Krakau mogen sich an den Bezirkshauptmann, der den Befehl ertheilt hat, wenden. On zaś musi dziewczynę zabrać z powrotem do chałupy.
Cóż to do kroćset djabłów ? Cóż to za szykany ? Gdy rodzice zezwalają na wyjazd kto ma prawo krępować Hanusię w wolności. No, ale befel ist befel Wynajmujemy wóz, jedziemy do Sokołowa. Wysyłamy dwa telegramy: jeden do starosty w Kolbuszowej, drugi do Namiestnictwa. Donosimy, że dziewczyna ma być w Krakowie poddana obserwacji, a rodzice jej zgadzają się na wyjazd, że zatem prosimy, żeby żandarmeria nie robiła nam trudności. Poczem, ku zdumieniu mieszczan miasta Sokołowa spacerujemy po rynku.

Wypada ku nam jakiś jegomość z "cwikerem" na nosie - Psiepraszam czi panowie są z Krakowa von der Zeitung ? Zdumieni spoglądamy po sobie. - Bo ja jestem dr. Dornfest. Ja był u tyj dziwczna to una jest sine Schwindlerin. Ja z panami potzrebuje pogadać. Może panowie pójdą do kasyny ?
Zdumieni patrzymy na tego doktora, władającego polszczyzną godną Jojny Firułkesa i "Matki Szwarcenkopf". W jednej chwili stajemy się w Sokołowie na rynku antysemitami, ale do kasyna idziemy.

P, dr. Izydor Dornfest, b. sek. szpitala Rudolfa w Wiedniu, tłumaczy nam,że on od niedawna tu przyjechał, to on po polsku nie umie. Aber die Herresprechen ja deutsch ! Po niemiecku opowiada nam dr. Donferst, jako był trzy razy u Chorzęmpów, zbadał, że dziewczyna sama rzucałą rzepą, tj. właściwie nie zbadał ale miał podejrzenia. Wszystko zaś jest ein purer Bauemschwindel - A czy doktor czytał cokolwiek z zakresu tzw: medyumizmu ? - Nein. Gar nichts Nawet o hipnozie p. dr. Dornfest nic nie wie. Pożegnaliśmy się tedy grzecznie i znowu spacerujemy po rynku.

Poszedłem jeszcze do dra. Bukowskiego był raz świadkiem ciekawych zjawisk, ale zgoła nic stanowczego powiedzieć nie może. Choroba przeszkodziła mu częściej zaglądać do dziewczyny.

Za kilka godzin nadeszła taka klasyczna odpowiedź od pana starosty kolbuszowskiego: "Nie znając przyczyn wkraczania żandarmerii, nie mogę wydać żadnego nakazu"

Starosta kolbuszowski takim widocznie był strachem przejęty, żeby nienadowskiego djabła nie złapano przypadkiem w Krakowie i żeby sprawa djabelska nie dostała się na szpalty dzienników, że wolał:
1) zablagować, że nie zna"przyczyn wkraczania żandarmerii", gdy sam wydał ten rozkaz.
2) wolał konstytucję pogwałcić za pomocą żandarmów. I to wszystko gwoli djabła w Nienadówce.

Odwiedziliśmy raz jeszcze wystraszoną Hanusię, poczem wzywani zawodową pracą, podążyliśmy chłopskim wozem do Rzeszowa. A rezultat wyprawy do Nienadówki ? Hanusia Chorzęmpianka zdaje się posiadać własności medyumiczne. Świadczą o tem przynajmniej różne oznaki, stwierdzone i u innych słynnych medjów. Wiele z owych cudownych objawów przypisać należy tym jej właściwościom, do dziś dnia zresztą, zupełnie nie wytłumaczonym a nie uznawanym przez liczny zastęp badaczy (którzy jednak negują, wszystko a priori nie zetknąwszy sie nigdy z "medjami").

Być może że część "cudów" Chorzęmpianki przypisać należy istotnie oszustwu, bądź nieświadomemu działaniu, pomaganiu sobie ze strony zwykłego medjum. Jest to bardzo zwykły objawu medjów które często można przyłapać na oszukańczych ruchach.
W każdym razie dziewczyna zasługuje na zbadanie, tem bardziej, że kwestia medjumizmu jest kwestią sporną - do dziś dnia.

W kilka dni po powrocie do Krakowa otrzymałem list od ks. wikarego z Nienadówki, tej treści, że objawy u Hanusi wróciły, a on dokłada starń, aby przecież dziewczynę przywieść do Krakowa, celem lekarskiej obserwacji, dziewczyna jednak jest ciągle pod bagnetem żandarma. Starosta kolbuszowski był wytrwały i konsekwentny.

Write a comment

Comments: 0

About | Privacy Policy | Cookie Policy | Sitemap
Copyright © Bogusław Stępień - 08/05/2013