Foto zmiany

Losowy album

Zostań współautorem !

Napisz do nas


Nasze Statystyki Odwiedzin
Hasło - sprawdzam
stat4u

Kazimierz Grotowski

Kazimierz Grotowski - profesor

fot: www.adamwalanus.pl

Profesor Kazimierz Grotowski urodził się 26 stycznia 1930 roku w Rzeszowie. Bratem profesora był Jerzy Grotowski , światowej sławy reżyser i teoretyk teatru. Kazimierz Grotowski ukończył fizykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w roku 1952. Warto nadmienić, iż jeszcze podczas studiów został zatrudniony przez profesora Niewodniczańskiego na stanowisku zastępcy asystenta. Pracę doktorską obronił w roku 1958, a pięć lat później otrzymał stopień doktora habilitowanego. Nominację na profesora zwyczajnego otrzymał w roku 1977.

Jako dziecko, profesor Grotowski wojenne lata spędził w Nienadówce, wraz z bratem Jerzym i swoją mamą, która w tym okresie była nauczycielką. "Tu wszystko się zaczęło" wspomina o swojej edukacji i życiowych decyzjach. Wspominał o Nim również Jan B. Ożóg.


Na stronie Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego znalazłem film, który odnosi się do okupacyjnej edukacji Kazimierza Grotowskiego w Nienadówce i zdawanym egzaminie w Sokołowie Młp. Zainteresowanym polecam całe wspomnienia profesora.




Poniżej fragment wspomnień Kazimierza Grotowskiego pt. "Portret rodzinny"


(…)Jesienią 1940 roku Matka dostała posadę nauczycielki we wsi Nienadówka, około 20 kilometrów na północ od Rzeszowa. Zamieszkaliśmy w niedużej izbie, wyposażonej w piec kuchenny, u gospodarza Franciszka Ożoga. Ożogowie mieli dużo dzieci: Zosię, Weronikę, Hankę, Helę, Staszkę, syna Jasia i najmłodszą Anielkę. Byli wzorową rodziną. W ich starym, niedużym domu spotkaliśmy się z życzliwością i znaleźliśmy schronienie na cały czas wojny.

„Matka musiała stawić czoła licznym problemom. Zdobywanie żywności, opału i odzieży wymagało wielkich wysiłków. Ustawiczną jej troską było utrzymywanie nas w zdrowiu w dość surowych warunkach. Tak zwane wygody ulokowane były na środku podwórza, w małej budce z serduszkiem. A zimy były wówczas srogie. Na czas mrozów, Franciszek Ożóg ocieplał swój drewniany dom warstwą perzu, a na podwórzu wykopane były ścieżki, głęboko zanurzone w śniegu. Zamiecie tworzyły wysokie zaspy. Wtedy to, jedyny raz w życiu, widziałem dom (nie nasz) zawiany śniegiem po komin. W Nienadówce przeszliśmy szereg tzw. dziecinnych chorób: świnkę, koklusz, ospę wietrzną, odrę. Były oczywiście również anginy i katary. Ja na dodatek miałem ropne zapalenie wyrostka robaczkowego (operacja była w Rzeszowie, a rekonwalescencja u Marii i Józefa Nethów), a Jurek zwichnął rękę w łokciu. Nastawiał mu ją na żywo miejscowy, domorosły "specjalista". Nie było wówczas antybiotyków. Matka cudem zdobywała najprostsze lekarstwa i specjalizowała się w stawianiu baniek i kładzeniu tzw. wysuszających kompresów. Gdy pogryzł mnie nieznany pies, Matka musiała sama, pierwszy raz w życiu, podawać mi w zastrzykach szczepionkę przeciwko wściekliźnie. Było to niezłe wyzwanie dla niedoświadczonej pielęgniarki, bo takie zastrzyki robiło się w brzuch.

Oczywiście, nie zawsze była zima. Przy dobrej pogodzie biegaliśmy po sadzie, właziliśmy do stodoły, stajni, obory. Bawiliśmy się z młodszymi dziećmi Ożogów, a często braliśmy udział w niektórych zajęciach gospodarskich, jak pasienie krów, zbieranie siana, czy poganianie konia w kieracie.

Okres czasu spędzony w Nienadówce był niewątpliwie bardzo ważny w naszym, Jurka i moim życiu. Był to okres dzieciństwa. Dzięki Matce, wbrew okropnościom i niedostatkom wojny, nie było to dzieciństwo nieszczęśliwe. Miewaliśmy, na przykład, święta Bożego Narodzenia. Do dzisiaj wieszam na naszym drzewku bożonarodzeniowym skromne ozdoby, wykonane w Nienadówce przez Matkę, przy naszym współudziale. Gdy Matki nie było w domu, nie wolno nam było wychodzić z naszej izby. Byliśmy posłuszni. Matka umiała utrzymywać dyscyplinę. Siadaliśmy wtedy blisko siebie, często po ciemku, i wymyślaliśmy przeróżne historie. Były to pobyty na bezludnej wyspie, ale również opowieści wojenne, w których dokonujemy zwycięskich czynów, kończących wojnę. Byliśmy pełni dziecinnego optymizmu.
(..)

powiększ zdjęcie Jerzy i Kazimierz (z prawej) podczas okupacji w Nienadówce.

(..) Jest takie zdjęcie, zrobione w Nienadówce, opodal sadu. Dwaj chłopcy uśmiechają się. Zdjęcie zrobił pan Doszla, starszy pan, który wraz z żoną w pewnym momencie zamieszkał w naszej wsi. Jego syn był przedwojennym, zawodowym oficerem. Należał do AK. Jego młoda żona umierała na gruźlicę. Jej śmierć zrobiła na nas obydwu, a zwłaszcza na Jurku wielkie wrażenie. Była zima. Na małym wzgórzu, niedaleko domu, zbudowaliśmy z Jurkiem, ze śniegu, mały krzyż. Jurka późniejsza fascynacja śmiercią i cierpieniem, być może wzięła początek w tym przeżyciu i w okrucieństwach wojny, które nas z bliska ominęły. (..)

About | Privacy Policy | Cookie Policy | Sitemap
Copyright © Bogusław Stępień - 08/05/2013