Foto zmiany

Losowy album

Zostań współautorem !

Napisz do nas


Nasze Statystyki Odwiedzin
Hasło - sprawdzam
stat4u

Jak to z chlebem było ?


Orka


powiększ zdjęcieOrka - jedna z ważniejszych prac na roli. Bez orki raczej nic by nie wyrosło, tym bardziej zboże na chleb. Dziś raczej trudno byłoby znaleźć oracza idącego za pługiem, a i koń byłby zdziwiony, gdyby go zaprzęgnięto do niego. Dawniej właśnie tak ta praca wyglądała. Dziś koniki są trzymane raczej pod siodło.



Siew


(..) W tradycyjnej gospodarce rolnej, termin siewu zbóż zakładano przeważnie według święta Matki Boskiej Siewnej (8 września). Wielu rolników rozpoczynało siew żyta tydzień przed tym świętem, a pszenicy - tydzień później. Przestrzegano zasady, aby zboże ozime zasiane było naj­później do św. Jadwigi (15 października). Jednakże chłopi woleli uporać się z siewem znacznie wcześniej hołdując przysłowiu: Kto sieje na św. Jadwigę, ten zbiera figę. Zboże jare, gdy była wczesna wiosna, wysiewano tuż po Wielkanocy. Siew tych zbóż przeważnie kończono w poło­wie kwietnia. (..)


powiększ zdjęcieKiedy przychodził czas, gospodarze szykowali się do siewu. Ojciec załadowywał ziarno na wóz, w tym czasie matka przygotowywała śniadanie. Po posiłku gospodarz wyprowadzał i zaprzęgał konia. Przed wyjazdem każdy worek z ziarnem, oraz ziemię przed koniem znaczył krzyżem. W polu ziarno wsypywał do pudełka, przewieszał sobie przez ramię, klękał na zagonie i odmawiał modlitwę, której treść była przekazywana z dziada na ojca i synów.

Rzucam ziarno w imię Boże.
A Ty je błogosław Panie.
Niech szeroko jakby morze.
powiększ zdjęcie Zafaluje kłos na łanie.
Spójrz litośnie na Nas z nieba.
Wesprzyj nas wszechmocną dłonią.
Niech nie braknie ludziom chleba.
Niech łaknący łez nie ronią. Amen.

Po wysianiu ojciec siadał na wozie i odpoczywał. W tym czasie jeden z synów bronował pole. Inny równał motyką końce zasianego pola, bo musiało być ono proste i gładkie – świadczyło to bowiem o gospodarzu i jego gospodarzeniu.

tekst - Ela Motyl



Żniwa

Żniwa, to był dla rolnika okres ciężkiej pracy i niezwykłej radości, mógł zebrać to co zasiał wiosną. Jeszcze w latach powojennych używano sierpów, później żniwowano za pomocą kos. Wykoszone zboże zostawiano na pomieci (tak jak się położyło) na dzień lub dwa. Dawniej przy żniwach pracowała cała rodzina, dziś pracują kombajny.

powiększ zdjęcie Gospodarz, nim podjął decyzję o rozpoczęciu żniw na swoim polu, przygotowywał się do nich już dużo wcześniej i bardzo starannie. Młotkiem klepał kosę na żelaznej „babce”. Babka była najczęściej wbijana w okrągły klocek. Odgłos klepanych kos słychać było po całej wsi. Do kosy gospodarz przypinał pałąk, który ułatwiał koszenie, zboże leciało wtedy na jedną stronę. Rozeschnięte kosisko moczyło się w wodzie, a drewniana pochwa z osełką czekała na "podorędziu". Skoro świt rodzina ruszała do żniw, w domu zostawali najstarsi z rodziny i czasem z Nimi małe dzieci. Często jednak dzieci i niemowlaki również brano w pole. Starsze bawiły się na miedzach, niemowlaki najczęściej spały w cieniu rozciągniętych nad Nimi płacht.

powiększ zdjęcie Kosiarz często sięgał do paska po osełkę. Tą osełką zamoczoną w wodzie, ostrzył co chwilę tępiącą się kosę. Kosiarz szedł zawsze od lewej strony pola, za Nim szły „odbieraczki”, które odbierały zboże z „pokosa” i wiązały je w snopy. Często starsze dzieci przygotowywały im powrósła, a muszę powiedzieć że to nie była łatwa sztuka zwłaszcza dla początkującego pomocnika. Trzeba było wiedzieć, jakie powrósło należy zrobić. Inaczej kręcono powrósła z żyta, a inaczej z owsa. Sposób był zależny od długości słomy. (troszkę to śmieszna sztuka w czasach kombajnów czy wcześniej snopowiązałek)

powiększ zdjęcie powiększ zdjęcie powiększ zdjęcie


powiększ zdjęcieŻniwa, żniwami, ale odpocząć też trzeba. Żniwiarze niecierpliwie czekali do południa, co chwilę patrząc na słońce, czy już jest wysoko. Południe to był czas odpoczynku, ale mało kto wracał do domu. Zasiadali w cienistym miejscu i posilali się tym co gospodyni przygotowała rano w domu, lub przyniosła na południe. Najczęściej był to chleb z masłem i białym serem, czasem barszcz. Piło się najczęściej kawę zbożową z mlekiem i mleko „prosto od krowy”. Tak, tak, dawniej mleko było prosto od krowy, nie z kartonu. Jak to wszystko smakowało, kiedy się człowiek narobił ? To pamiętają tylko najstarsi.

powiększ zdjęciePo skoszeniu zboże musiało się wysuszyć, zaraz po skoszeniu żyto układano w kopki, mendle (15 snopków). Na spód kopy kładziono gniotek, był to snopek zgięty w pół i położony kłóskami do góry na ściernisku, aby ziarno od ziemi nie nabrało wilgoci i nie zakiełkowało. Na nim układano na krzyż snopki, od drugiej warstwy zginając je. Na wierzch kładziono chochoł. Zboże w kopach stało w polu ok. 2 tygodnie, sprawdzano ich suchość. Jeżeli było zbyt wilgotne, musiało się przełożyć snopy, tworząc nowe mendle.

Zboże zwożono drabiniastymi wozami zaprzęgniętymi w konie. W latach 70`tych jak widzimy na zdjęciach zaczęły królować traktory i przyczepy, ale o ile dobrze pamiętam nazwę "pawąz"nie został jeszcze wyparty. powiększ zdjęciePrzywiezione zboże układano w stodole w sąsiekach, tam czekało na młockę. Jeszcze tak niedawno ściernisko należało starannie wygrabić i pozbierać kłosy, tę pracę często wykonywały dzieci, i nie było im do śmiechu bynajmniej. Po ściernisku chodziły boso, czy wierzyły swoim babciom, które twierdziły że to wyjdzie im na zdrowie ? Na polu jednak nie można było zostawić kłosów, byłoby to świętokradztwo.


powiększ zdjęcie powiększ zdjęcie powiększ zdjęcie


powiększ zdjęcie Za moich młodych lat na nienadowskich polach królowały zwykłe kosiarki, czasem "kółkowa" snopowiązałka, co raz śmielej zaczęła się panoszyć Vistula ale kiedy na gościńcu zza krzyża" wyłaniał się czerwony olbrzym Bizon trudno było oprzeć się pokusie i nie polecieć mu na spotkanie. Minęło 40 lat, ale jeszcze dziś słyszę szelest koszonego zboża, zgrzyt kosy i płacz jej ostrza pod wprawnym ruchem osełki. I te skowronki wolno wznoszące się ze śpiewem i nagle upadające w zboże. Co mamy dziś ?

tekst - Bogusław Stępień



Młócka


powiększ zdjęcie Młócka, młocka, czy może omłoty ? Jak by to nie nazwać, nie była to lekka praca. Kiedyś, często po prostu zboże młócono cepami. Cep, składał się z trzech części, z bijaka, dzierżaka i gacka. Gackiem nazywano wiązanie obu części drewnianych, zrobione z surowej świńskiej skóry. Pamiętam te dziadkowe z Naszej stodoły, jako dziecko próbowałem nimi walić po klepisku, a nie była to łatwa sztuka. Dlatego też myślę że sztuką wielką było młócenie w dwójkę jak na filmie. Młócić i nie zrobić sobie przy tym krzywdy nawzajem. Zboże rozkładano na podłodze lub klepisku w dwóch rzędach kłóskami do siebie, dwie osoby stojąc naprzeciwko na zmianę uderzały cepami w zboże. Następnie odwracano zboże na drugą stronę i młócono dalej. Po obejrzeniu kłósek czy są puste słomę zbierano i wiązano w snopki powrósłem, a ziarno zbierano do worków. Kiedy czynność ta została zakończona, zebrane ziarno trzeba było przewiać w młynku (wialni) by oczyścić je z plew. Te cepy obok są "dziadkowe", ale dziadka lub pradziadka tego chłopca widocznego na zdjęciu poniżej, który mi pokazywał te sprzęty.

powiększ zdjęcie powiększ zdjęcie




Technika wypierała powoli cepy. Młockarnie pojawiały się coraz częściej, były napędzane kieratem lub silnikiem spalinowym. Wyręczały ludzi, a cała sprawa trwała dzień lub dwa. W Nienadówce używano 3 rodzaje maszyn. Jedną z nich była mała młockarnia, niestety nie znamy jej nazwy, do jej obsługi wystarczała jedna osoba. Maszyna ta miała długości ok 1.20 m. Większą maszyną była sztychtówka, która była napędzana kieratem lub silnikiem spalinowym.

Jak wyglądała młocka tą maszyną ? Do dyszla kieratu zaprzęgano dwa konie, rzadziej jednego, konie chodząc w kółko powodowały ruch maszyny. Obok koni szedł gospodarz czasem jakiś podrostek, który te konie poganiał. Do obsługi sztychtowki potrzeba było kilka osób. Jedna podawała z sąsieka na maszynę rozwiązane snopki, druga wrzucała snopek w gardło maszyny, trzecia odnosiła słomę, która wypadała z tyłu. Słoma ta była bardzo zmierzwiona i nie dało się z niej zrobić snopka. Czwarta osoba odgarniała spod maszyny spadające ziarno, sztychtówką młóciło się przeważnie zboże krótkie np. owies, jęczmień, proso.

Kolejną maszyna, była młockarnia tzw. równomłotna. Przeznaczona była do omłotu zboża długiego, pszenicy i żyta. Słoma wychodziła z niej równa i używano jej później do robienia mat, strzech, rżnięto na sieczkę lub służyła jako podściółka w oborach. Do obsługi tej maszyny potrzeba było więcej ludzi niż do sztychtowki. Jedna osoba podawała snopki z sąsieka, druga na maszynie rozwiązywała powrósła, trzecia puszczała w gardło maszyny. Z tyłu dwie osoby robiły powrósła i dwie odbierały słomę z drabinki i wiązały ją w snopki. Jedna osoba odgarniała ziarno spod maszyny i przegarniała je oddzielając odczyn (resztki startej słomy) i plew.

Często młócono razem z sąsiadami, pamiętam jak przyjeżdżał traktor ciągnący młockarnię a za nią przyczepiony duży motor spalinowy esiok pomagałem i ja czy to z rzucając snopki z sąsieka, czy później nosząc wory ze zbożem czy plewami. Huk i kurz, ale i śmiech towarzyszył przy nielekkiej pracy. Dużym ułatwieniem w późniejszym czasie była tzw. prasa, która wiązała wymłóconą słomę.

powiększ zdjęcie powiększ zdjęcie powiększ zdjęcie


tekst - Bogusław Stępień
Ela Motyl



Pieczenie chleba


powiększ zdjęcie Sięgam pamięcią do lat 50`tych ubiegłego wieku. Mielimy zboże w żarnach na mąkę. Jako pojemniki służą do tego niecki zrobione z drzewa. Na 6 chlebów trzeba było tej mąki pełne, duże niecki.

Do dziżki sypiemy około 5 kg mąki, kruszymy 5 dkg drożdży. Trzeba też ugotować ze 2 kg ziemniaków i dobrze je ubić, dodać do nich wody i wymieszać, ciepłe wlać do dziżki. Dodajemy zsiadłe mleko lub maślankę, albo serwatkę, wszystko trzeba dobrze wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce do następnego dnia.

powiększ zdjęcie W dzień następny do tego rozczynu dodajemy sól. Taka była receptura u Nas w domu, na 1 bochenek przypadała jedna garść soli, można dać troszkę kminku i dodajemy mąkę. Należy wszystko dobrze wyrobić tak aby ciasto odstawało od ręki i zaczyna pryskać. Ciasto ma być wolne, wolniejsze niż na pierogi. Odstawiamy ciasto do wyrośnięcia w ciepłe miejsce, najlepiej zawinięte w czystą ściereczkę i okryte kocem. Kiedy ciasto trochę podrośnie, rozpalamy w piecu drzewem, ciasto wykładamy do blaszek lub do specjalnego koszyczka obsypanego mąką. Ciasto nadal rośnie.

Gdy piec jest już dobrze nagrzany trzeba resztki drew rozgarnąć na boki, służył do tego pociasek. Bochenki kładziemy na łopatę do tego przeznaczoną. W międzyczasie wkładało się jeszcze placuszki na podpłomyki do pieca, ale tylko na chwilę. Pora na wsadzanie chleba, nim to jednak nastąpiło robiło się znak Krzyża na każdym bochenku.

Taki chleb piekło się 1 lub 2 godziny w zależności od wielkości i od tego jak nagrzany był piec. Później wyciągało się chleb używając pociaska i układało się go na ławce. Rękę moczymy we wodzie i przemywamy chlebek jak ostygnie po wierzchu. Gdy chleb był już dobrze wystudzony można było go kroić. Przed każdym rozpoczęciem bochenka, robiło się również znak krzyża.

Najlepiej taki chleb smakował z masłem domowej roboty, do tego szklanka mleka. Kiedy komuś się zdarzyło, że chleb upadł na podłogę trzeba go było podnieść ucałować i odmówić krótką modlitwę, bo chleb to świętość i trzeba go szanować.

Tak wspomniała pieczenie chleba moja babcia, to jej tradycyjna receptura na chleb. Istnieje jeszcze kilka innych sposobów pieczenia chleba np. na innym zakwasie bez ziemniaków. W każdym domu było inaczej. Ale jedno jest pewne smak takiego chleba nie równa się z żadnym innym i nie ma porównania do dzisiejszych wypieków. Można śmiało powiedzieć, że warto przypomnieć sobie tradycję jaką dawniej Nasze babcie pielęgnowały w domach i samemu wypróbować upiec taki chleb nawet w piekarniku bo i dziś mało kto posiada już piec kaflowy.

tekst - starsza pani chcąca zachować anonimowość

Write a comment

Comments: 0

About | Privacy Policy | Cookie Policy | Sitemap
Copyright © Bogusław Stępień - 08/05/2013