Foto zmiany

Losowy album

Zostań współautorem !

Napisz do nas


Nasze Statystyki Odwiedzin
Hasło - sprawdzam
stat4u

Pomoc pułkownika - 25 lat temu


Jan Bolesław Ożóg
Relacja Jana Bolesława Ożoga z Nienadówki, znanego poety.
Ukazała sie ona w 1969 r., na łamach tygodnika społeczno-kulturalnego: Widnokrąg.
Było to, pamiętam, 1 sierpnia 1944 r. W ten dzień akowskie plutony „Boryny” (Rządzkiego) znalazły się w lasach pod Porębami Kupieńskimi (na wschód od Kolbuszowej) i stoczyły tu w południe jedną z największych bitew.
Od rana ze strony Bratkowic przedzierały się przez lasy oddziały piechoty hitlerowskiej kierując się ku Widełce, którą opanowały już wojska radzieckie. W tę stronę biła bez przerwy z zachodu, zza Kolbuszowej, artyleria niemiecka, stąd szły także od nocy niemieckie czołgi. Oddziały „Boryny”, biwakujące koło leśniczówki, otrzymywały co chwilę meldunki od tajnych gońców o posuwaniu się Niemców. O leśniczówkę otarło się także dwóch konnych zwiadowców radzieckich w brązowych mundurach, z partyzanckich, jak się okazało, oddziałów, z których jeden dostał już postrzał w nogę, Niemcy strzelali ustawicznie przed siebie sunąc ciężko po leśnych drogach. „Boryna” przegrupował oddziały odsyłając niektóre z nich, np. towarzyszącą im drużynę BCh, do tyłu i przygotował zasadzkę.

Pluton por. „Sulimy” odmaszerował za leśniczówkę i otrzymał zadanie zaatakowania zbliżającego się nieprzyjaciela z lewej strony, a sam „Boryna” udał się z plutonem por. „Agawy” (Cieślika) za las, w kierunku wschodnim na grunt zarosły częściowo młodniakiem i pocięty na łące rowami melioracyjnymi, które odegrały znakomicie rolę okopów. Wykorzystując naturalną ochronę przyczaił się tu ze zdobytym (przed kilkoma dniami) działkiem i trzema karabinami maszynowymi u wylotu leśnej drogi.

Chłopcy z drużyn „Agawy” (z Sokołowa i Nienadówki) zostali poprzedniego dnia ostrzelani na polach Porąb Kupieńskich przez niemiecki czołg, na skutek czego trzech rannych (Nazimka, Ożoga i Śliża) odesłać musiano do polowego szpitala w Kolbuszowej, toteż teraz, rządni odwetu, palili się do walki. Okazja się zbliżała, napięcie rosło, pot spływał po czołach, raz, że słońce prażyć zaczęło dotkliwie, po wtóre – ze zniecierpliwienia.

Nareszcie pierwsze szeregi niemieckie przeszły koło leśniczówki. Pluton „Sulimy” rozpoczął atak z flanki. Wkrótce pokazała się też u wylotu drogi niemiecka kolumna na koniach. „Boryna” rzucił plutonowi „Agawy” hasło do rozpoczęcia ognia. Zagrały z trzech pozycji karabiny maszynowe – przy jednym z nich leżał znakomity strzelec „Kloc” (Buczak z Nienadówki), a „Agawa” zajął sam osobiście miejsce przy działku bijąc raz po raz ogniem na wprost.

Nie trwało to dłużej niż pięć minut, pamiętam dobrze, ponieważ brałem czynny udział w utarczce przy boku „Boryny” (jako tzw. oficer oświatowy). Na rozkaz „Boryny” odskoczyliśmy potem na wschód kryjąc głowy przed kulami w leśnych i łąkowych rowach, i tak pluton „Agawy” osiągnął pierwsze domy Porąb Kupieńskich. Pluton „Sulimy” odmaszerował, o ile pamiętam, lasami w stronę Zembrzy. Niemcy wycofali się w lasy, w kierunku Bratkowic.
Jaki był wynik walki ? Jak wynika z meldunków, które nadeszły na drugi dzień spod leśniczówki, Niemców padło 72. Byli także ranni, ale ci uszli. Były zabite konie i roztrzaskane jakieś wozy. Z naszej strony obeszło się bez większych ofiar. Został zabity tylko jeden żołnierz („Żbik” – Jan Skowroński z Kolbuszowej
Dolnej), a dwu (z plutonu „Sulimy”) otrzymało ciężkie rany (Kubala i Kopeć). Jednego z rannych – Michała Kopcia – znam. Pochodzi z Majdanu Królewskiego. Wśród ognia artylerii niemieckiej, która ostrzeliwała szosę wiodącą z Kolbuszowej i Widełki, konwojowałem rannego zaraz bo bitwie przez pola Widełki do najbliższego punktu sanitarnego, a ten posiadały wojska radzieckie, z którymi „Boryna” nawiązał już pewne kontakty.

Gdzie znajdowali się Sowieci ? Trzeba było ich dopiero poszukać w terenie zupełnie mi nieznanym. Zadanie, które powierzył mi „Boryna”, nie należało do łatwych. Niełatwo mi było zwerbować nawet furmankę w Porębach Kupieńskich. Chłopi bali się. Zmuszony byłem postraszyć gospodarza amerykańskim Smithem, który wyciągnąłem zza pasa i wreszcie zdecydował się zaprząc konia do wozu, koniec końców chodziło przecież o życie człowieka. Wóz był prosty, z gnojnicami po bokach. Narzucono tylko trochę słomy na dno i położyliśmy na niej rannego butami do dyszla. Miał strzaskaną od kul kość lewego ramienia, prowizoryczny polowy opatrunek sanitariusza nie mógł przeszkodzić upływowi krwi, trzeba się było śpieszyć, więc furman idący ze mną z boku podcinał mocno konia batem, gdy ciągnął pod górę.

W pierwszych domach Widełki poinformowali mnie chłopi, że sztab radziecki ulokował się prawdopodobnie na plebanii. Postanowiłem się tam skierować. Choć do centrum wsi i kościoła było jeszcze bardzo daleko, a koń nie chciał iść pod czołgi radzieckie, które gnały pełnym gazem z naprzeciwka ku Kolbuszowej, to jednak dotarliśmy szczęśliwie do celu. Wokół kościoła rozstawione były działa sowieckie o – miałem szczę-ście – tu, ma wzgórzu na obejściu plebanii, odnalazłem uroczą sanitariuszkę, która po zmianie opatrunku i posileniu rannego winem, i ciastkami odesłała go natychmiast na rozkaz pułkownika – nazywał się Czerniszewski, pamiętam go doskonale – samochodem do szpitala wojskowego w zdobytym już, pobliskim Głogowie.

Wysłałem wkrótce list do rodziny Kopcia, ale czy doszedł, nie wiem. Upłynęło sporo jeszcze czasu, nim ukonstytuowały się władze polskie i polska poczta. Po latach dowiedziałem się będąc osobiście w Majdanie na wieczorze autorskim, że Michał Kopeć „wylizał się” z odniesionych ran i pracował w zakładach metalowych w Dębie. Pomoc żołnierzy radzieckich nie zawiodła. Uratowała życie polskiemu partyzantowi.


opr: Bogusław Stępień


About | Privacy Policy | Cookie Policy | Sitemap
Copyright © Bogusław Stępień - 08/05/2013