Foto zmiany

Losowy album

Zostań współautorem !

Napisz do nas


Nasze Statystyki Odwiedzin
Hasło - sprawdzam
stat4u

Wspomnienia z dawnych lat.


Walenty Pikor



Walenty Pikor urodził się 9 października 1907 roku. Był mieszkańcem Nienadówki. Swoje przeżycia i przemyślenia zapisał na dość licznych kartkach, które za zgodą jego rodziny, postaram się przedstawić mieszkańcom Nienadówki. Jego opowieść zaczyna się tuż przed II wojną światową. Opisuje nastroje ludności tamtych czasów, pobyt Niemców we wsi i kontakty z Nimi. Jest to spojrzenie zwykłego człowieka, nienależącego do AK, który trochę inaczej widzi realia okupacji we wsi Nienadówka i stosunki ówczesnych jej mieszkańców wobec siebie i Niemców. Z uśmiechem można czytać zapiski dotyczące "Wart nocnych" Dreszcz przeszywa tragizm opowieści o Pacyfikacjach. Warto poznać tamten czas i wydarzenia widziane jego oczami. Polecam.

Dziękuję szczególnie córce Walentego Pikora - pani Bronisławie Guzek, za poświęcony czas i pomoc w opracowaniu zapisków swojego ojca, pomimo nawału codziennych obowiązków.

Poniżej prawdłowa pisownia miejscowości, w których przebywał Walenty Pikor. Zamieszczam również linki do informacji o nich.

Strona internetowa Schönwald (Bawaria) kilka zdjęć, stara fabryka porcelany

Strona internetowa Pegnitz (Bawaria) kilka zdjęć, Pegnitz (Bawaria)

Mapa Vielitz (Bawaria)

Bogusław Stępień







Czas wojenny
Gdy plakaty oznajmiły, że Polska nie odda ani guzika od płaszcza, wiedzieliśmy, że wojna jest bliska. Pocieszaliśmy się tym, że Polska jest silna, mocarstwowa, więc poradzi sobie a w dodatku mamy przyjaciół: Francję i Anglię. Krążyły także takie nowinki, że Polska posiada dziesięć tysięcy samolotów, że posiada takie pociski, które trafiają w każdy samolot nieprzyjacielski i że go od razu w powietrzu spalą. Nabraliśmy wtenczas przekonania, że niech tylko ktoś z Polską zacznie to się przekona co Polska znaczy. Niedługo jednak czekaliśmy na to aby się przekonać, że wszystko to było złudzeniem. Ta Nasza pewność siebie niedługo trwała. Zaczęły przelatywać samoloty z czarnym krzyżem i niestety nikt ich nie spalał, natomiast one zrzucały bomby i spalały wsie i miasta.

Na drugi dzień wybrałem się do moich teściów do wsi Jasionka, odległej o dziesięć km., od mojej wsi. Poszedłem oczywiście piechotą, bo konia nie posiadałem, ani nawet roweru, bo takie były czasy przed wojną, że nawet na rower nie było człowieka stać. Szedłem główną drogą. Po drodze spotykałem grupy wędrowników z plecakami i tobołkami. Ludzie Ci nie zdradzali żadnego zainteresowania otoczeniem, okolicą lecz szli smutni, zrezygnowani, zapatrzeni w dal. Nie miałem śmiałości pytać ich, lecz z urywków rozmów wywnioskowałem, że uciekają od frontu, gdyż było wezwanie aby mężczyźni uchodzili i gromadzili się nad Sanem a tam dopiero będzie zorganizowane odparcie i odrzucenie Niemców na zachód.

W Jasionce w Domu Ludowym był odbiornik radiowy wystawiony na oknie do publicznego słuchania. Zebrało się tam dużo ludzi żądnych nowin wojennych, komentowano różnie zasłyszane wiadomości. Niektórzy dowodzili, że Niemcy najdalej dojdą do Sanu, a od Sanu to nie tylko wrócą ale będą uciekać. Byli jednak i ostrożniejsi w ocenie sytuacji i dowodzili, że nie tak prędko Niemcy pójdą z powrotem. Byli i tacy, którzy po cichu wprawdzie, ale wyrażali zadowolenie z wybuchu wojny. Że było ogólne niezadowolenie z rządów sanacji, to było faktem ogólnie znanym, więc niektórzy głośno wyrażali swe zadowolenie, że nareszcie sanację szlag trafi.

A głośnik zawiadamiał: ”Uwaga, uwaga nadchodzi ! Uwaga uwaga przeszedł, uwaga, uwaga ojciec Feliks prosi Wacława i Szarego z rodziną o powrót do domu”. Wiedzieliśmy, że to jest szyfr dowództwa polskiego do podległych jednostek wojskowych. Nie wiedzieliśmy jakich, ale był między Nami Żyd, który twierdził, że to są wezwania do samolotów, względnie do okrętów. Później przemówił pułkownik Roman Umiastowski. Pan ten mówił: ”zostaliśmy napadnięci więc się bronimy, ale najważniejsza dla Nas jest ziemia i ludzie, a resztę wszystko odbudujemy”. W dalszym ciągu zapewniał, jak to nad granicą ludzie są spokojni, uprawiają pola, meliorują łąki, no i niedługo Niemców wypędzimy.

Gdy szedłem z powrotem od teściów wieczorem, nadal szły grupy uciekinierów. Ogarnęło mnie takie zwątpienie i groza, jak jeszcze nigdy w życiu. Nie żałowałem sanacji, lecz żałowałem Polski, żałowałem Ojczyzny, bo wiedziałem przecież z historii, jak Niemcy potrafią gnębić Polaków. Nikt się Nas jednak nie pytał o zdanie.

Uszedłem z połowę drogi, gdy zobaczyłem samochód towarowy, który jechał od Rzeszowa. Pomyślałem więc, że może by się dało trochę podjechać i podniosłem rękę. Samochód się zatrzymał i ja wsiadłem. Jechało tam właśnie kilku mężczyzn, moich znajomych i rówieśników z mojej wsi. Zdziwiłem się, skąd oni jadą w taki czas, a oni się uśmiechali i mówili , że zabili Hitlera i jadą do domu ! Później powiedzieli poważnie, że zostali częściowo zmobilizowani, ale ponieważ w Rzeszowie nie miał ich kto przyjąć, bo wszystko tam w rozsypce i władzy prawie już nie ma, więc byli zmuszeni wrócić do domu. Ja nie otrzymałem karty powołania, ale gdy na drugi dzień wyszedłem w pole, usłyszałem jak niektórzy pracujący w polu nawoływali się i dzielili wiadomością, że już jest mobilizacja ogólna. Była to wiadomość rozpraszająca wszelkie wątpliwości a potwierdzająca wszystkie domysły, że jest wojna.

Gdy za parę dni poszedłem do Sokołowa, spotkałem tam masę wojska niemieckiego. Dużo było ich w spoczynku, więc łazili po wszystkich kątach, wszystkiemu się przyglądali z ciekawością. Niektórzy nawiązywali rozmowę z ludźmi, mówili po polsku i szukali gdzieś kupić jaj, masła, no i chleba. Kilka kobiet miało właśnie poszukiwany przez nich towar, był to dzień targowy, więc Niemcy kupowali i coś tam płacili. Na placyku koło poczty, utworzyli jakby bazę samochodową. Tam napełniali zbiorniki benzyną - gdyśmy tam poszli z ciekawości przypatrzeć się, jeden szwab wypędził Nas. Na placu targowym, gdzie stały szeregiem stragany z wędliną, warzywami i innymi towarami, też się Niemcy kręcili. Jakieś małżeństwo sprzedawało wędliny, a kobieta zaczęła utyskiwać do męża i częściowo do klientów, że co my teraz poczniemy, tyle się tych Niemców nawaliło do Nas, że Nas zjedzą. Jeden Niemiec stał w pobliżu i słuchał. Kobiecina nie spodziewała się, że On rozumie. A ten podskoczył ze złością i mówi: Niech pani nie pyskuje, bo ja rozumiem po polsku, my Was nauczymy rozumu. Kobiecina się przestraszyła aż zbladła i jej mąż też.

Mnie też to zdenerwowało, bo szwab pokazał pazury. Przestraszyło mnie to również, że trudna sprawa będzie z Niemcami. Następnie zaczęli przeciągać polscy żołnierze, małymi grupkami i pojedynczo, bez broni, tylko jeszcze w mundurach, ale starali się wymieniać te mundury na jakieś cywilne ubrania, bo Tych w mundurach Niemcy zaczęli wyłapywać do obozów. Więc już nie szli drogami, tylko bezdrożami i przebierali się.

Gdy z początku uchodźcy zaczęli przechodzić różnymi ścieżkami przez moją wieś, poszliśmy jednego wieczoru z żoną w pole, sto metrów od domu, gdzie była górka i piasek, aby sobie wykopać schron, gdy przyjdzie front. Wykopaliśmy doły, nakryliśmy belkami i deskami a na wierzch ziemią. Przenieśliśmy tam trochę żywności i odzież i zdawało się Nnam, że tam już będzie bezpiecznie. Lecz schron taki zabezpieczał jedynie częściowo przed ogniem karabinowym i pożarem, nie zabezpieczał jednak przed pociskami większego kalibru, a już bardzo mało przed bombami. W czasie Naszej pracy uchodźcy przechodzili koło Nas i mówili: nie kopcie tego, bo Wam to nie będzie potrzebne.

Z mojej wsi też wybrało się kilkunastu mężczyzn i odeszli na wschód aż do Lwowa. Jak mi później opowiadał kolega Michał, szli tylko nocami i lasami, bo na drogę nie można było wyjść, bo samoloty hitlerowskie patrolowały drogi i kogo tylko spotkały na drodze, rozsiekały na strzępy. Opowiadał też, że gdy przechodzili, to w różnych zagajnikach przydrożnych a czasem na otwartej drodze były całe cmentarze. Ludzie i konie leżały razem, porozrywane, że tylko mięso było widać. W jednym miejscu na takim cmentarzysku spotkali dziecko. Matkę rozerwał granat a dziecko ocalało, więc łaziło po trupie matki i płakało. Nie mogli mu nic pomóc bo samoloty patrolowały okolicę tak, że Oni sami z trudem się uratowali. Był to obraz przejmujący grozą.

Wezwanie do ucieczki ludności cywilnej było barbarzyństwem, było wrogie dla Polaków, wyginęła masa ludzi. Przecież żadne zapowiadane odparcie nie nastąpiło. Ludzie doszli do Sanu i za San, a tam już Niemcy byli. Na domiar złego jeszcze jakieś bandy napadały na tych rozproszonych Polaków i mordowały. Szły jeszcze grupki żołnierzy polskich z bronią, Tych bandy nie zaczepiały. Ci którzy w obawie przed Niemcami rzucili broń, zwykle wyginęli, bo bandy aktywniej napadały na żołnierzy niż na cywilów.

Z mojej wsi poszło między innymi dwóch młodych: Gielarowski i Pikor. Doszli w okolice Jaworowa za Przemyślem, tam w jednej gajówce znaleziono ich w studni wraz z siedmioma innymi. Razem dziewięciu ludzi było tam zamordowanych. Nie wiadomo było czy banda wymordowała i wrzuciła do studni, czy też Oni się schronili do studni a tam ich śmierć spotkała. Był tam wrzucony też drąg, co by świadczyło, że oni po tym drągu weszli do studni, szukając schronienia. Tam ich banda zauważyła i wymordowała. Nikt by się może o tym nie dowiedział, ale gajowy gdy powrócił z ucieczki, zauważył w studni trupy, gdyż wody tam nie było. Ta pamiętna jesień była wyjątkowo sucha. On ich stamtąd wyciągnął i pochował, a że Ci dwaj mieli dokumenty więc później zawiadomił ich rodziny. Jeden był kawalerem a drugi pozostawił żonę i dziecko. Jeszcze jeden z mojej wsi, Ożóg jak poszedł na wschód tak już nie wrócił i ślad po nim zaginął.

Wieczorami schodziliśmy się pod sklep na pastwisku. Tam siadaliśmy na murawie, bo wieczory były ciepłe. Każdy był ciekawy wiadomości co tam w świecie i na froncie. Słyszeliśmy warkot samolotów i dalekie strzały armatnie. Niektórzy pocieszali Nas, że wojna nie potrwa długo bo zaraz do wojny przystąpi Francja i Anglia. Państwa te gwarantowały Polsce granice, więc zaraz wystąpią w obronie Polski i Niemca rozbiją. Nie znając sytuacji międzynarodowej wierzyliśmy w te bzdury. Jednak z każdym dniem zaczęliśmy tracić nadzieję i wiarę w tą osławioną francusko-angielską interwencję.

Niemcy teraz ruszyli jak szarańcza, z początku jechali tylko motocykliści i samochody i tylko dobrymi drogami. Teraz już maszerowały kolumny piechoty i bocznymi drogami. Było ich wszędzie pełno. Jednego razu rozłożyli się u nas w Nienadówce na noc. Dwóch Niemców przyszło do mnie wieczorem abym sobie kupił od nich koszulę. Ja jednak nie rozumiałem co Oni chcą i nie chciałem mieć z Nimi do czynienia. Więc poszli dalej, na pastwisku spotkali żyda Herszka i znów chcieli mu sprzedać tę koszulę. On ich częściowo rozumiał, ale też nie kupił, bo się ich obawiał.

Nocowali we wsi, była piechota i tabory. My, chociaż ze strachem ale poruszaliśmy się między Nimi. Oni przychodzili do sklepu, żądając piwa, cukierków, słoniny. Piwa nie było , słoniny też, kupowali tylko cukierki. Niektórzy chłopi rozmawiali z Nimi znając ten język z czasów austriackich. Na drugi dzień przyszedł do mnie żołnierz po wodę. Odezwał się do mnie po polsku: czy mam wiadro. Nie mówił dobrze po polsku ale można go było zrozumieć. Później przyszedł drugi raz bo zauważył u mnie w szopie siano. Wziął tego siana kłębek, tak naraz dla konia. Ja zauważyłem to i podszedłem do Niego. Mówię żeby nie brał mi siana, bo ja mam mało a potrzebuję dla krowy. Więc on jednak rzucił to siano. Żona to widziała i mówi do mnie: co ty robisz, przecież On by Cię mógł zabić. Mnie dopiero wtenczas strach obleciał, bo rzeczywiście mógł to zrobić. To był widocznie Polak, więc odszedł spokojnie.

Gdy Niemcy odjechali zaczęliśmy się znów schodzić pod sklep i omawiać zaistniałą sytuację. Każdy dowodził po swojemu, że Niemcy zawojują Europę. Żyd Kraut mówił, że Oni jeszcze uderzą na Rosję. Pietryga zaś udowadniał, że świat nie pozwoli Niemcom wygrać wojny.

Innym razem, któryś przyniósł przepowiednię, która odsłaniała tajemnicę przyszłości świata. Przepowiednia napisana wierszem dawała dużo nadziei, gdyż opisywała wyprawę Niemców na wschód; czyli na Związek Radziecki. Zapamiętałem jedynie taki zwrot: czarny orzeł powróci ze złamanym skrzydłem. Było to dla Nas wielką pociechą, że jednak Niemcy nie wygrają wojny. Chociaż przepowiednia nie dawała gwarancji, że tak właśnie się stanie, ludzie uczepili się tego jak deski ratunku i mieli cichą nadzieję, że przepowiednia się sprawdzi. Później przekonaliśmy się, że jednak przepowiednia była aktualna.

Niedługo po opanowaniu Polski, Niemcy zażądali od Polaków żywności i nałożyli tak zwane kontyngenty. Trzeba było oddawać siano, zboże, mięso, mleko. Do mleka ustanowili po wsiach kontrolerów mleczarskich. Byli to Polacy, miejscowi, ale byli to ludzie zwykle popierający Niemców, łapownicy. Kontroler taki był we wsi wielką władzą. Miał prawo chodzić po oborach i kontrolować czy krowy czyste, czy krowy cielne, czy dojne i wyznaczał ile dany rolnik ma oddawać mleka. Łatwo się domyśleć, że kto był jego kumotrem ten nie musiał oddawać mleka, względnie oddawać go bardzo mało. Ludzie, a szczególnie bogaci, na wyścigi zawierali z Nim znajomość i mimo że za Niemców była bieda, u Niego zawsze była wędlina, mięso, wódka, no i pieniądze.

Ale mleko ktoś musiał oddać, więc musieli go dostarczać biedniejsi, tacy których nie stać było na łapówkę dla kontrolera. Ci biedniejsi musieli też oddawać krowy, bo szwaby potrzebowali mięsa i były wypadki, że kto miał jedną krowę musiał ją oddać. Ja też miałem wyznaczony kontyngent mleka, ale nie oddawałem bo miałem jedną krowę a mieliśmy małe dziecko, więc sądziliśmy, że przecież Nas nie ukarzą. Ale pomyliliśmy się, bo ukarano mnie dziesięcio dniowym aresztem.

Ja myślałem, że to jest tylko taki postrach, ale to była prawda. Przyszedł po mnie policjant i zabrał mnie do Sokołowa do więzienia. Zaprowadził mnie do Miejskiej Rady. Tam była taka pusta sala i tam mnie zamknął. W sali tej uderzył mnie przede wszystkim odór stęchlizny. Na podłodze była rozciągnięta słoma, już zbutwiała, sprzętów nie było tam żadnych tylko krótka ławka, że można było usiąść, bo do leżenia była za krótka. Więc usiadłem i pogrążyłem się w jak najgorszych myślach: Czy też nie wywiozą mnie do obozu. Później z tego zmartwienia ułożyłem się na tej zgniłej słomie i zasnąłem. Nie było tam nikogo więcej, ja siedziałem samotnie, jeść też nikt nie dawał. Na drugi dzień, żona jakby wiedziała i przyniosła mi coś do jedzenia. Woźny magistracki odemknął (był to Polak) i to jedzenie pozwolił mi zabrać. Za kilka dni znów żona przyniosła mi żywność i tak przemęczyłem tam dziesięć dni. Nie obwiniam za to Niemców, chociaż Oni byli barbarzyńcami, bo Niemcy nie przyszli do mnie, do stajni, lecz obwiniam tego właśnie kontrolera. On mnie znał i wiedział, że mam jedną krowę i że mam dziecko. Nie dałem mu łapówki bo mnie nie było stać. Nie podaję nazwiska tego człowieka, gdyż już nie żyje.

Mało tego, później, gdy mnie już nie było w domu, bo Niemcy wywieźli mnie na roboty, człowiek ten wyznaczył Nam właśnie tę jedną krowę na rzeź. Żona jednak odważyła się i nie odprowadziła jej na spęd do Sokołowa. Ludzie ją straszyli, że Niemcy ją zabiorą, ale jakoś to przeszło. Było wtedy wyznaczone kilka takich ostatnich krów i kto odprowadził to mu zabrali i został bez krowy. A bogatsi tylko się uśmiechali: Na co dziadowi krowy, niech jedzie do Niemiec. Podobnie było ze zbożem i z mięsem, że biedniejsi musieli oddawać a bogatsi nie.
strzałka do góry




Budowa Górna
Niemcy po zajęciu Polski, zaraz zaczęli budować obóz. Podobno miało tam być krematorium na Polaków. Sprowadziły się więc firmy budowlane, zajęły teren pokryty lasami obok wsi Górno. Zwerbowali ludzi i rozpoczęli roboty na wielką skalę, a wszystko przezornie ukryte w lesie. Ludzie zwerbowani ochotniczo lecz pod presją, że kto nie pójdzie tu do roboty, będzie wysłany do Rzeszy. Ludzie się garnęli bo przecież woleli robić w pobliżu domu niż w obcym kraju. Ja też byłem zmuszony iść do tej roboty, bo byłem zawsze na oku miejscowych władców. Mówili, że On tu nie ma co robić powinien jechać do Niemiec. Poszedłem więc do roboty, ale była to męka.

Musiałem wstawać o godz. czwartej aby coś ugotować i zjeść. Najgorzej było z obiadem, bo chleba u Nas w tym czasie nie było. Mieliśmy jeszcze coś ziarna (pośladu), to żona mełła to w żarnach, ale to nie była mąka tylko ospa. Żona z tego piekła takie placki na płycie kuchennej, ale to było i przypalone i rozkruszało się jak piasek, ale nie było innej rady. Na południe smakowało to bardzo, a do tego miałem butelkę mleka. Jeżeli było mleko, ale nie zawsze było, bo przecież krowa nie doi się stale, więc gdy nie było mleka to brałem herbatę.

Robili tam z nami Żydzi ze Sokołowa. Byli zabierani przymusowo - byli to ludzie w różnym wieku, aż do dwunastoletnich dzieci. Czasem robiliśmy wszyscy razem, jak przy wykopach i ładowaniu piasku, to znów przy wykopach. Przy betonowaniu Nas dwóch zabrali do ładowania różnych przyrządów i wyrobów z wagonów na samochody. Po towary te jeździliśmy na stację kolejową Łętownia. Przy robocie doglądał Nas szwab. Nazywaliśmy go „nosek”, bo miał taki ogryziony nos.

Człowiek ten był bez sumienia, krzyczał na Nas, popędzał do roboty, kazał zdejmować grubsze ubrania aby prędzej robić. Ja robiłem w jesionce bo było zimno. On przyszedł i kazał mi to zdjąć. Gdy ja nie dość prędko zdejmowałem, on przyskoczył i szarpnął za tę jesionkę, aż guziki odleciały.

Gorzej było z Żydami. Ludzie Ci byli nieporadni, nie przyzwyczajeni do ciężkiej roboty, nie mieli zresztą siły bo byli głodni. Tworzyły się im pryszcze na rękach. Na nich też najwięcej krzyczał, a nawet bił, ten srogi dozorca „nosek”. Zastanowił mnie jeden fakt. Mały żydek, który z Nami pracował, miał na obiad tylko małe dwa placuszki ziemniaczane, upieczone na blasze, bez żadnego tłuszczu, wyziębłe i zsiniałe. Do tego miał ten biedny dzieciak malutką butelkę herbaty, tak że aż litość brała gdy się patrzyło na taką biedę. Jakże taki mały chłopiec o takim wyżywieniu mógł robić łopatą.

Ja chodziłem na piechotę do Sokołowa (pięć km) a w Sokołowie zabierał Nas samochód firmowy i dowoził na budowę znów pięć km. Gdy się czasem spóźniłem na samochód, musiałem iść pieszo czyli razem dziesięć km. Czas roboty trwał od godz. szóstej do osiemnastej, z małą przerwą na obiad. Z powrotem znów samochód zabierał Nas i odwoził do Sokołowa. Kto był ze Sokołowa, to dla tego było dobrze a my z dalsza musieliśmy resztę iść na piechotę.

Jednego razu ja się spóźniłem na samochód z powrotem, już byłem parę kroków gdy on ruszył i odjechał. Sądziłem, że już muszę iść na piechotę do domu, ale nawinął się inny samochód okazyjny, więc wsiadłem i przyjechałem do Sokołowa. Gdy przyjechałem, to ten pierwszy samochód, na który ja się spóźniłem, leżał przewrócony na zakręcie a ludzie rozrzuceni dookoła. Przeważnie byli to żydzi ze Sokołowa. Nie było zabitych ale było kilku poranionych. Kierowca ten , Niemiec, był znany ze swej szalonej jazdy, a nie chcąc jeździć dwa razy kazał Nam wszystkim siadać naraz. Tośmy tak siedzieli jak te śledzie w beczce, że nie można było ruszyć ani ręką ani nogą. Wypada jeszcze wyjaśnić, że był to samochód towarowy. Gdy zobaczyłem ten wypadek już nie żałowałem, że spóźniłem się na ten samochód.

Budowali tam różne tymczasowe baraki na palach i inne na fundamentach. Zbudowali też jeden duży dom z cegły - siedzibę dla generała. Budowla ta była ukryta wśród drzew, a pokryli ją słomą, tak że podobna była raczej do stodoły niż do rezydencji generała.

Przyszedł wreszcie pamiętny dzień gdy hitlerowcy uderzyli na Związek Radziecki. Zajechałem jak zwykle do roboty. W czasie roboty ludzie szeptali między sobą ukradkiem. Mnie to zaciekawiło i też przysunąłem się do rozmawiających i dowiedziałem się, że Niemcy wtargnęli do Związku Radzieckiego i poszli daleko w głąb kraju. Była to dla Nas wiadomość oszałamiająca, gdyż niweczyła Nasze nadzieje na upadek Hitlera. Ale w kilka dni później mój znajomy ze Sokołowa, Cisło pocieszył mnie, że Niemcy wojnę przegrają. Związek Radziecki chwilowo ustępuje, przez co Niemców rozproszy po swym wielkim i zimnym kraju i tam ich wyniszczy, co rzeczywiście tak się stało.

W tym czasie Niemcy zaczęli również budować baraki w mojej wsi. Było to dla Nas nową obawą, że jeżeli Niemcy tak się zadomowiają, to już nie ma dla Nas ratunku. Znudziła mnie i zmęczyła ta robota w Górnie, bo była to męczarnia, zresztą nie miałem ochoty pracować dla Niemców i przestałem chodzić do tej roboty. Niemcy powiedzieli, że kto nie będzie pracował, będzie wywieziony do Niemiec. Poszedłem więc do gospodarza Ożoga we wsi (on potrzebował robotnika) i zgłosił do sołtysa, że ja jestem u Niego zatrudniony. Nie potrzebował robotnika na stałe, tylko dorywczo ale chciał mnie uchronić od wyjazdu do Niemiec.

Zimą znów Niemcy pędzili Nas do odśnieżania drogi, a w tym czasie, jak na złość były zimy śnieżne. Przy tej robocie dawał się we znaki mróz, a ubrania i butów nie było, ale trzeba było iść bo Niemcy chodzili i wypędzali Nas.
strzałka do góry




Warty nocne
Zaczęły Nas dochodzić słuchy, że Niemcy nie mogą sobie poradzić z partyzantami w lasach, zaczęli szukać Tych partyzantów we wsiach. Doszli do przekonania, że partyzanci mieszkają we wsi a zbierają się tylko na wypady. Ustanowili więc we wsiach warty złożone z kilkunastu ludzi i warty te miały za zadanie chodzić całą noc po wsi. W razie gdyby spotkali kogoś obcego, zatrzymać go, albo donieść Niemcom. Warta taka była jednocześnie zakładnikiem. Gdyby się we wsi pojawili partyzanci a warta nie zameldowała to warta szła pod mur.

Wezwano mnie też do tej warty. My tak gorliwie nie szukali partyzantów, ale całą noc trzeba było siedzieć na wartowni i patrolować. My tylko czuwaliśmy czy Niemcy nie jadą. Bo czasem przyjeżdżali sprawdzić czy warta rzeczywiście jest. Wtedy my budziliśmy resztę wartowników, którzy spali na wartowni i rozchodziliśmy się wszyscy po wsi, udając że czuwamy. Niemcy gdy zobaczyli, że czuwamy poczuli się pewniejsi i wracali do Sokołowa. Jednego razu przyjechało do Naszej wsi kilkunastu żandarmów i zainstalowali się na plebani. Przyszli na wartownię i zarządzili aby dwóch z Nas ich pilnowało gdy będą spać. Resztę rozesłali po wsi i kazali czuwać.

Mnie z drugim wartownikiem Ożogiem, wysłali na Poręby; to jest Nasz przysiółek, położony pod lasem o trzy km od Nienadówki. Jeden z Nich mówiący po polsku, wydał Nam taki rozkaz: Macie iść, przejść tam koło domów, pozaglądać przez okna, podsłuchać i jeżeli coś zauważycie zawiadomić Nas. Uważajcie bo gdy nie pójdziecie tam to wiecie co Was czeka. Wiedzieliśmy, że Nas czeka kula, ale wiedzieliśmy też, że gdy Nas tam spotkają partyzanci, to też będzie kula.

Co było robić, rozkaz był wyraźny, poszliśmy więc szosą przez pola do tych właśnie Porąb. Księżyc tak świecił jak w dzień, że z daleka było widać. Obawialiśmy się, że Nas zobaczą więc nie dochodząc do Porąb, skręciliśmy o pół km od Porąb i tak łąkami i polami przeszliśmy obok. Była już późna noc, więc panowała tam cisza i nie świeciło się już po domach. Po przejściu do końca tego przysiółka skręciliśmy przez pola do wsi. Zadanie było wykonane ale częściowo, bo gdy się jutro okaże, że tam była banda, jak szwaby nazywali partyzantów, to Nas szwaby rozstrzelają. Gdyśmy wrócili, we wsi było już cicho. Niemcy już spali, to Nas trochę pocieszyło, żeśmy nie musieli zdawać sprawozdania i na tym się skończyło. Na drugi dzień Niemcy odjechali.

Innym razem, było to w maju, wysłano Nas z kolegą Zaporą znów na te Poręby. Poszliśmy przez pole i tam spotkaliśmy kilku kolegów, Porębiaków. Posiedzieliśmy trochę w sianie, porozmawialiśmy i już po północy wróciliśmy do wsi. Gdyśmy szli przez pola, usłyszeliśmy warkot samochodów . Samochody te, gdy dojechały do wsi cichły i zatrzymywały się. Gdyśmy już doszli do wsi, usłyszeliśmy miarowy stukot. Kolega mówi, że ktoś jedzie, ale mnie to wyglądało na marsz jakiegoś oddziału. Schroniliśmy się za płot u jednego gospodarza i za chwilę ujrzeliśmy rzeczywiście oddział Niemców. Maszerowali przez Naszą wieś w kierunku lasu. Przestraszyliśmy się, że będą Naszą wieś okrążać, ale szli gdzie indziej. Przyjechali samochodami i zostawili je koło kościoła.

Cichaczem szli do wsi Hucisko, leżącej za lasem. Tam była organizacja podziemna i Oni szli ją zlikwidować. Już świtało i poszliśmy jeszcze na wartownię. Na wartowni wszyscy mówili tylko o Niemcach i o Naszej bezradności. Gdy wróciliśmy do domu, usłyszeliśmy strzały i zobaczyliśmy dymy od strony Huciska. Przejęło to wszystkich obawą i o Nasz los, bo wiedzieliśmy że Niemcy poszli tam ludzi mordować.
strzałka do góry




Pacyfikacje okolicznych wsi
Tak w istocie było. Oni tam zaszli świtaniem, gdy ludzie jeszcze spali, okrążyli wieś i wszystkich mężczyzn wywlekli z domów, spędzili na jeden plac. Tam wszystkich legitymowali i z listy wybierali Tych, których zdrajca wykazał. Było Tych nieszczęśników około dwudziestu, Tych podejrzanych o komunizm. Najpierw szwaby skatowali ich, później kazali położyć się twarzą do ziemi i wystrzelali, a domostwa ich spalili. Był to pierwszy w okolicy taki masowy mord na Polakach.

Za parę tygodni powtórzyła się ta sama historia we wsi Przewrotne odległej od Huciska parę km. Tam znów przyszedł do wsi jakiś włóczęga i udając szczerego Polaka, chodził po domach, to na wesele i zręcznymi pytaniami wyciągał z ludzi czym się kto trudni, gdzie należy i w ten sposób wyłowił około czterdziestu ludzi. Głupota ludzka wydała Tych ludzi na śmierć. Niemcy przyjechali, wyłapali Tych ludzi i wymordowali. Tam był jeden szczególnie przykry wypadek. Było tam czterech braci, a tylko jeden z nich był wyznaczony na śmierć, ale Niemcy zamordowali wszystkich czterech.

Największe jednak zniszczenie zrobili Ci mordercy we wsi Wola Zarczycka odległej około piętnastu km. Tam wymordowali siedemdziesiąt ludzi.

We wsi Stobierna, kilka km od Nienadówki też urządzili taką masakrę. Spędzili wszystkich mężczyzn i wybrali z Nich szesnastu wskazanych przez jednego zdrajcę. Był w Stobiernej jeden chłopak z wykształceniem, nazwiskiem Szybisty. On uniknął tym razem śmierci jak również jego brat. Więc Niemcy poszli do jego rodziców, zamordowali Ich i spalili wraz z domem oraz wymordowali kilku innych Szybistych, chociaż nie byli krewnymi.

W sąsiedniej wsi Trzeboś, gdy ludzie się dowiedzieli, że Niemcy jadą, uciekli do pobliskiego lasu. Niemcy jednak zwietrzyli to i poszli przeszukać las. Ludzie ukrywali się w gęstych koronach drzew i było by im się udało. Ale pozostawiali na ziemi buty, bo w butach nie mogli wejść na drzewa i to ich zgubiło. Niemcy gdy znaleźli buty, domyślili się wszystkiego i zaczęli ostrzeliwać drzewa. Mało kto się tam uratował.

strzałka do góry




Pacyfikacje Nienadówki
Opowiem jeszcze o pacyfikacji mojej wsi Nienadówka, to duża wieś, przeszło sześćset domów.


Było to w czerwcu. W dniu tym, gdy wstałem rano i wyszedłem z domu, słońce świeciło już jasno. Nagle usłyszałem strzały z automatów z kierunku kościoła. Zaniepokoiło mnie to bo wiedziałem, że strzały nic dobrego nie przynoszą. Gdy tak się kręciłem po podwórku, w oczekiwaniu czegoś niezwykłego, zauważyłem na drodze kilkunastu motocyklistów, szwabów. Teraz już było pewne, że Nas czeka jakaś bieda.

Hitlerowcy przyjechali do wsi jeszcze w nocy i okrążyli wieś aby nikt nie mógł uciekać. Było to zresztą zaskoczenie i nikt nie wiedział więc nie uciekał. Gdy wieś została okrążona, było już za późno na ucieczkę. Niektórzy próbowali szczęścia i ukryli się w polu, w zbożu ale to było bardzo niebezpieczne, bo Niemcy chodzili po polach i gdyby spotkali kogoś ukrytego, zginąłby na miejscu.

Gdy jedni okrążyli wieś, inni rozbiegli się po domach w pobliżu kościoła. Byli pijani i bezwzględni. Był to wczesny ranek, więc niektórzy ludzie jeszcze spali. Hitlerowcy mówili - a coś ty w nocy robił, że jeszcze śpisz ? Pewnoś chodził z bandytami. Gdy weszli do jednego gospodarza nazwiskiem Słonina, ten jeszcze leżał w łóżku. Szwab strzelił do Niego i trafił go w szyję. Tak jednak się złożyło, że kula przeszła mu bokiem nie naruszając krtani i człowiek przeżył. Drugi sąsiad, Chorzępa gdy usłyszał strzały, wyskoczył na podwórko jeszcze w bieliźnie, a widząc co się dzieje, zaczął uciekać w kierunku stajni. Wtedy kula ukrytego hitlerowca dosięgła go i zginął na miejscu.

Następny sąsiad, też Chorzępa był w mieszkaniu. Był też u Niego jego szwagier Kantor On mieszkał trzydzieści km od Nas we wsi Urzejowice. Na nieszczęście przyjechał w ten czas po śmierć. Hitlerowcy przyszli i kazali im iść na plac zbiórki. Oni wyszli do drogi i sądzili, że się jeszcze ukryją. Szwaby ich nie prowadzili tylko obserwowali. Kantor wskoczył do rowu i wsunął się pod mostek ale kula go jednak tam dosięgła. Jego szwagier Chorzępa uszedł drogą jeszcze ze 100 m i tam spróbował ucieczki w takie małe zarośla. Gdy tylko przeskoczył rów, strzały z automatu przecięły mu głowę na pół.

U następnego sąsiada, starsi gdzieś się schronili i dom zamknęli. W domu pozostawili chłopca dziesięcioletniego, śpiącego na łóżku. Szwaby przyszli, ale że drzwi były zamknięte, zaglądnęli przez okno. Pech chciał, że chłopiec w tym czasie poruszył się na łóżku. Strzelili przez okno i zabili go. Poszli do następnego sąsiada Malca. Miał On dwóch synów do osiemnastu lat. Chłopcy spali na strychu na stajni. Akurat wtedy Oni wstali i zeszli na podwórko. Szwaby ich zobaczyli i zabili na miejscu. Siedmiu ludzi po sąsiedzku wymordowali.

Strzelili jeszcze do jednego za kościołem, Marszała, ale go tylko zranili i przeżył. Zabili jeszcze Zaporę, który pasł krowy w polu. To był człowiek niespełna rozumu. Gdy Niemcy podeszli do Niego i coś się go pytali On zaczął śmigać batem w ich kierunku, więc go zabili.

W tym czasie, gdy jedni mordowali ludzi, inni chodzili po domach, zabierali wszystkich mężczyzn i prowadzili na plac koło kościoła. Tam kazali wszystkim siadać na ziemi. Ja chodziłem po podwórku i patrzyłem jak Niemcy prowadzili co chwila grupę ludzi. Myślałem , że Nas wszystkich czeka śmierć. Do mnie i do sąsiadów Niemcy nie przychodzili. Już zacząłem się pocieszać, że może szwaby zapomnieli o tym odcinku wsi. Lecz niedługo przyszli. Sąsiad Kępiński miał więcej szczęścia bo się ukrył. Żona powiedziała, że mąż jest w Niemczech i odeszli. Przyszli do mnie. Jeden z Nich mówił po polsku. Żona pasła krowę w ogrodzie. On się pyta, gdzie masz męża, a żona mówi że nie ma męża. Może by się i udało, ale On zauważył u Niej na palcu obrączkę.

Przyszli do domu. Ja byłem w mieszkaniu. Pytają się, dlaczego żona kłamała, że nie ma męża. Mówię, że dziś każdy przestraszony. On rozkazał, zabierz dokumenty i idź tam do kontroli. Ja jednak nie poszedłem. Oni obserwowali i widzieli że ja nie poszedłem i po upływie pół godz., gdy ja bezradny chodziłem koło domu, widzę że idzie ich trzech do mnie. Wyszedłem naprzeciw i mówię - no już idę. Jeden z nich niósł sztachetę od płotu i mówi, no bo jak jeszcze raz to zobaczysz i pogroził mi tą sztachetą. Nie było już wyjścia. Wyszedłem na drogę i poszedłem w stronę kościoła.

Szwaby pozostali u mnie na podwórku. Miałem do przejścia przeszło km. Szedłem tak zmartwiony, ciemno w oczach mi było, myślałem, że idę na śmierć. Na drodze nie było nikogo, ani Niemca ani Polaka. Idę i myślę, może by tak skoczyć gdzie w zarośla ? Z drugiej strony, myślę sobie, gdy ja skręcę z drogi to On mi może z daleka strzelić. Gdy uszedłem z pół km wyszło do mnie dwu szwabów i pytają mnie gdzie idę i czy mam papiery. Z gestów domyśliłem się co chcą i pokazałem im dowód osobisty. Jeden z nich mówi, no idź, ale szybko. Mnie ciarki przeszły, pomyślałem, że On mi każe szybko iść i strzeli do mnie. Będzie miał wymówkę, że uciekałem. Zacząłem iść ale całkiem wolno i tylko czekałem na strzał. Uszedłem jeszcze kilkaset metrów i spotkałem kobietę, sąsiadkę.

Ona szła od kościoła do domu i niosła buty. Jej męża zabrali boso, a Ona mu później zaniosła te buty. Jej tam nie dopuszczono więc szła z tymi butami z powrotem. Ona mi mówi, że tam zabici na rowie leżą. Ta wiadomość uderzyła mnie tak, iż pomyślałem że idę na pewną śmierć. Blisko kościoła spotkałem kobietę płaczącą. Była to żona zabitego przed chwilą Jana Chorzępy. Miałem jeszcze dwieście metrów do miejsca zbiórki. Z daleka zauważyłem kilka karabinów maszynowych. Były ustawione naprzeciw spędzonych ludzi w odległości kilku metrów, tylko przez drogę. Gdy doszedłem, nikt się mną nie zainteresował.

Po jednej stronie drogi stały te karabiny, a po drugiej stronie siedzieli mężczyźni na ziemi. Na skarpie, pod domem żyda Berka była grupa już wylegitymowanych. Kilka kroków dalej, na głównej szosie, siedzieli też na ziemi Ci, którzy jeszcze nie przeszli przez ręce szwabów. Ja, nie wiedząc gdzie usiąść, rozglądałem się dookoła. Ale nie było żadnego rozkazu, więc podszedłem do tej grupy gdzie dwóch szwabów legitymowało wszystkich. Koło tej grupy chodziło kilku Niemców i kazali siadać i ścieśniać się. Usiadłem i zacząłem obserwować, co się tu dzieje.

Koło szosy po drugiej stronie, był dom. Na ganku tego domu siedział szwab, oficer. Miał jakieś książki i legitymował wszystkich. Właściwie to tylko sprawdzał w książkach. Drugi, tłumacz też w mundurze, ten mówił biegle po polsku i wszystko tłumaczył. Wywoływał według alfabetu. Wywołany podchodził do Niego i odpowiadał na pytania. Zanim przyszła moja kolej, nasłuchałem się tego zbójeckiego sądu.

Stanął jeden nazwiskiem Szczygieł. Człowiek ten powrócił z Niemiec na urlop, lecz przedłużył ten urlop o kilka dni i to go zgubiło. Odesłano go do grupy skazańców, na most. Następnie stanął przed Nim Kuter. On się pyta; Ty masz brata w Węgliskach ? Kuter mówi - mam. Bez słowa odesłał go na most. Po Nim stanął Ożóg. Też wrócił z Niemiec gdzie był zabrany na roboty. On posłał za siebie innego robotnika, ale to się na nic zdało. Gdy szwab zauważył jego papiery z Niemiec, pyta się - ile dałeś masła, ile jaj temu drugiemu, który pojechał za Ciebie ? On mówi - nie wiem bo to żona. Szwab mówi - aha, żona. I machnął ręką w stronę mostu. Zostawił żonę i czworo małych dzieci. Później stanął też Ożóg. Pracował w Gdyni, a w czasie wojny powrócił tu do matki. Miał żonę i dwoje dzieci. Szwab się pyta - a Ty czym jesteś. On odpowiedział po niemiecku, że jest komendantem wiejskiej warty. Szwab mówi - Ty jesteś komendantem bandy i odesłał go na most.

Żony Tych nieszczęśliwych przyszły z dziećmi, ale hitlerowcy nie dopuścili ich żeby się pożegnać. Wreszcie stanął Nowiński. Ten człowiek był wykształcony i pracował w Warszawie, w jakimś urzędzie. Był lepiej ubrany, w okularach. Szwab mu się przypatruje i pyta - a Ty profesor czy co ? On mówi - ja pracowałem w Warszawie. Aha, w Warszawie pracujesz a tu mieszkasz. Pyta się sołtysa - meldowany tu ? Sołtys mówi - tak meldowany. Szwab na to - przynieście zameldowanie z gminy, ze Sokołowa. Ale los tego biedaka był już przesądzony, poszedł na most.

Szwaby właśnie takich szukali. Człowiek ten byłby się uratował, bo jemu proponowali pracę w gminie w Sokołowie. Ale On taką pracę uważał za poniżającą. Gdyby pracował,miałby zaświadczenie i byłby przeżył. Pozostawił żonę i troje dzieci. Oni mieszkali w domku pożydowskim. Jeden syn wykształcił się na księdza. Drugi jest oficerem lotnictwa, trzeci jest kierowcą i mieszka z matką. Matka otrzymała emeryturę i żyje sobie znośnie. Mąż jej Nowiński prawie przeżył. Zmarł w przeddzień wyzwolenia w obozie. Gdy umierał prosił towarzysza niedoli ze Stykowa, aby zawiadomił żonę o jego śmierci. On po wyzwoleniu przyjechał tu i opowiedział o tragedii Nowińskiego.

W ten też sposób hitlerowcy wyłowili osiemnastu młodych ludzi. Za chwilę przyjechały samochody i zabrały ich do obozu, do Pustkowa koło Dębicy. Wróciło z Nich tylko dwóch braci Wójcików, oczywiście po wojnie.

Wreszcie przyszła kolej na mnie. Podszedłem do tego tłumacza. On się mi przygląda tak krytycznie i mierzy mnie od góry do dołu. Zrozumiałem, że ja się mu nie podobam. On się mnie pyta, ale tak opryskliwie - jak się nazywasz, ile masz pola, żonaty, ile masz dzieci ? Mnie taki strach ogarnął, bo zrozumiałem w jakim jestem nieszczęściu. Mimo, że drżałem ze strachu, starałem się mówić spokojnie. Wiedziałem, że od tego zależy moje życie. On przetłumaczył moją odpowiedź tamtemu i pyta się sołtysa - co to za człowiek. ? Sołtys mówi - tutejszy. On mówi - ale ja się pytam co to za człowiek ? Mnie mrowie wtedy przeszło, bo wiedziałem, że się waży mój los. Uratowała mnie zdaje się odpowiedź sołtysa, który z całą stanowczością i wymownym gestem rąk powiedział - no tutejszy ! Wtedy szwab nie miał już czego się czepić i machnął ręką w kierunku wylegitymowanych. Poszedłem do swoich i uniknąłem tym razem obozu.


Gdy skończyli legitymować, tłumacz kazał Nam wstać i przemówił do Nas, ostrzegając abyśmy współpracowali z policją. Gdy będziemy współpracować z bandytami, to oni przyjadą i wszystkich mężczyzn wystrzelają a wieś spalą. Rozkazał - biegiem, rozejść się. Ruszyliśmy więc w jedną stronę, chociaż nie wszyscy tu mieszkali. Z tego strachu uciekaliśmy wszyscy razem. Zaraz też hitlerowcy zwinęli się i odjechali z Nienadówki, pozostawiając we wsi ośmiu zabitych i osiemnastu wywożąc do obozu.
strzałka do góry




Okupacyjne tragedie
Późną już jesienią 1942 roku przyszło do wsi pięciu partyzantów. Wstąpili do jednej kobiety, prosząc o ogrzanie się i pożywienie. Kobieta wystraszyła się i nie wpuściła ich. Poszli do innego domu, po drugiej stronie wsi. Tam gospodarz doradził im aby poszli na Poręby. Partyzanci poszli i wstąpili do domu, gospodarza Drapały. Ten im dał coś zjeść i kazał im iść spać do stodoły. Udali się tam i oczywiście zaraz zasnęli, bo przecież niewyspani i zmęczeni byli. Ten gospodarz poszedł do mieszkającego kilkaset metrów dalej Kołodzieja i zawiadomił go, gdzie są podejrzani ludzie z broną. Kołodziej, chcąc się przysłużyć wypełniając zalecenia okupacyjne powiadomił o tym Niemców. Niemcy otoczyli stodołę i otworzyli ogień. Partyzanci się obudzili i powyskakiwali na dwór. Oczywiście wszyscy padli od kul. Przyszła okrutna kara za tę zdradę. Organizacja podziemna zajęła się tym. Zamieszanych w tę zbrodnię było trzech zdrajców. Dwóch braci Kołodziejów z Porąb i trzeci z Nienadówki.

Jednego dnia byłem w lesie za Porębami. Było to jesienią. Przygotowywałem sobie opał na zimę. Wieczorem szedłem do domu. Szedłem drogą leśną, tak zwaną linią. Linia ta przebiegała między lasem państwowym a chłopskim. Gdy byłem już blisko Porąb, zauważyłem dwóch ludzi idących w stronę Porąb. Przyśpieszyłem kroku, aby ich dogonić. Myślałem, że może to znajomi, to pójdziemy razem. Gdy doszedłem do Nich, zauważyłem, że są to ludzie zupełnie obcy. Oni mi się też przypatrzyli, lecz tak jakoś niechętnie, aż mnie to zaniepokoiło. Wyminąłem ich i poszedłem swoją drogą. Przyszedłem do domu i za chwilę, po kolacji, wyszedłem do sklepu. W sklepie już wiedzieli, że Kołodzieja na Porębach zabili. Domyśliłem się, że zrobili to Ci ludzie, których spotkałem w drodze z lasu.

Innym razem przyszło znów kilku partyzantów do drugiego Kołodzieja, też na tych Porębach. Przyszli w dzień, bo w nocy On unikał domu. Kiedy ich zauważył, ukrył się w takim schowku pod piecem, który służącym do przechowywania ziemniaków. Była tylko jedna wada tej kryjówki, było do niej jedno wejście w dodatku widoczne z izby. Tym razem uratowała go jego dziewczyna, udając, że zasłabła. Przy tym otworze rzuciła pościel, ułożyła się w niej udając chorą. Właśnie w ten sposób zasłaniając otwór, to uratowało poszukiwanego. Później był już bardziej ostrożny, udało mu się przeżyć.

Gorzej poszło sołtysowi. Do sołtysa przyszło kilku leśnych. Sołtys Kołodziej dopiero co przyszedł z Gromadzkiej Rady i opowiadał żonie, że miał niedobry sen. Trochę go to przejmowało, że nawet miał gdzie indziej nocować. Później zebrał odwagę i przyszedł do domu. Był u niego wtedy jego pomocnik. Usłyszeli pukanie do drzwi. On - sołtys - się pyta. Kto tam ? Policja ! Padła odpowiedź z za drzwi. Ale ja nie poznaję po głosie, zdążył odpowiedzieć sołtys Kołodziej. Przybysze dłużej nie czekali, wyłamali drzwi i weszli. Lampę zaraz zgasili i przy świetle latarki kieszonkowej odczytali mu wyrok śmierci. Zapytali jeszcze o tego pomocnika, sołtys Kołodziej powiedział: To mój sekretarz. Jeden z leśnych odezwał się: Komendancie, ten nic nie winien. Kazali sołtysowi uklęknąć i pomodlić się za umarłych. Sołtys Kołodziej rozpoczął modlitwę: Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie. Wtedy usłyszał, to nie tak, módl się - wieczne odpoczywanie racz „mi” dać Panie. Kiedy skończył modlitwę jeden z Nich poświecił latarką, a drugi strzelił, wykonując wyrok śmierci.

Niedługo też potem rozegrała się kolejna tragedia w sąsiedniej wsi Trzebuska. W lesie zaraz za wsią obozowało przeszło dziesięciu partyzantów. Zauważył ich gajowy Dworak i doniósł Niemcom. Przyjechał oddział Niemców i okrążył to miejsce. Otworzyli ogień. Partyzanci się bronili, ale byli tak zaskoczeni, że wkrótce wyginęli. Jeden z Nich wyrwał się z okrążenia i uciekł do domu pod lasem. Szwaby to zauważyli i poszli za Nim, podpalili to domostwo. Tego człowieka już jednak tam nie było. Po kilku dniach przyszła kara na donosiciela. Mieszkał on w gajówce, w lesie. Przyszli do Niego w nocy wykonać wyrok. Żona gajowego Dworaka, chcąc go ratować zasłoniła go sobą, również zginęła.

Kolejny przykry wypadek. zaistniał ponownie na Porębach, a właściwie w lesie prywatnym Ożoga z Nienadówki. Po wywiezieniu żydów do getta w Sokołowie, kilku młodych żydów z Nienadówki uciekło, schronili się w lesie, często kręcili się po wsi. Więcej jednak przebywali w lesie. Właśnie w lesie Ożoga mieli swoją kryjówkę. Tam sobie gotowali jedzenie i tam spali. Broni nie mieli. Znalazł się jednak zdrajca, który ich wyśledził i sprowadził szwabów. Niemcy podjechali blisko, ośmieleni tym, że żydzi są bezbronni i wystrzelali ich wszystkich będących przy ognisku. Ocalał tylko jeden, który poszedł po wodę do rzeki.

Jednego razu ułożyłem się jak zwykle do snu. Tym razem w mieszkaniu. Nie zawsze spałem w mieszkaniu, lecz w różnych kryjówkach po polach. Wtedy jednak, jak na złość, spałem w domu. W pewnej chwili usłyszałem strzały na drodze jakieś 100 metrów od domu. Po chwili usłyszałem stukanie w ścianę, nie po tej stronie jednak gdzie były drzwi, tylko po drugiej. Zaniepokojony co się dzieje, wyszedłem jednak, ośmielony tym, że księżyc świecił i było jasno jak w dzień. Kiedy wyszedłem za dom, coś się na ziemi poruszyło. Zapytałem: Kto tu ? Był to żyd Weitzner, niedaleki sąsiad. Już za Niemców, On często ukrywał się u mnie i nocował. Miał dom i kawałek ziemi. Żył licho, rodziców już nie miał. Był kawalerem. Wtenczas szedł skądś i pech chciał, że natrafił na policję. Było ich kilku granatowych i kilku Niemców. To właśnie Oni strzelali. Mówię więc do Niego: Ty idź ukryj się w pole, bo jak Niemcy tu przyjdą, to zabiją i Ciebie i mnie. On zaraz odszedł. Po krótkim czasie zauważyłem jak drogą jedzie kilka rowerów i właśnie zatrzymują się przed moim domem. Wskoczyłem szybko do domu, ułożyłem się na łóżku, udając, że śpię. Usłyszałem pukanie do okna. Zapytałem: Kto tam ? padła odpowiedź: Policja. Otworzyć ! Strach mnie przejął, ale musiałem otworzyć. Weszli, obszukali dom i pytają czy nie przechowuję żydów. Mówię, że ja tu nikogo nie widziałem. Oni pokiwali głowami i odeszli. Ten znajomy Żyd - sąsiad Weitzner, jeszcze później przychodził do mnie, ale nocować już się obawiał. Później wpadł w niemieckie łapy i został wywieziony do getta.
strzałka do góry




Wyjazd na roboty do III Rzeszy
Jesienią 1943 roku Niemcy zażądali ludzi na wyjazd do Niemiec. Jak to zwykle bywało, sołtys wyznaczył tych najbiedniejszych, rozpuszczając przy tym fałszywe pogłoski, że kto nie pojedzie, spalą mu dom. Była to poważna groźba. Mieliśmy się wszyscy stawić na oznaczony dzień w Sokołowie Młp. Było nas kilkoro z Nienadówki. Gdyśmy zaszli do Sokołowa na policję, tam było już kilkanaście osób nałapanych w nocy. My uchodziliśmy za ochotników, więc nNas nie zamykano. Zarejestrowano Nas i otrzymaliśmy karty wyjazdu. Jednak wcale nie mieliśmy ochoty wyjeżdżać. Chcieliśmy się uratować przed represjami. Po południu przyjechał starosta. Dwóch z Nas zwróciło się do niego z prośbą, że nie jesteśmy przygotowani do podróży. Pojedziemy, ale aż chleb upieczemy. Kazał Nam iść do domu, z tym jednak, że pojedziemy zaraz gdy upieczemy ten chleb. Z zazdrością patrzyli na Nas inni, że nam się tak udało. Poszliśmy zadowoleni do domu. Na drugi dzień była niedziela. Siedzimy spokojnie w domu. Gdy ludzie szli z kościoła, zjawiło się dwu Niemców na rowerach. Ludzie się rozproszyli bo byli pewni, że będzie łapanka, w związku z tym wyjazdem. Ale oni pojechali w swoją stronę.

W późniejszym czasie znowu zażądano od sołtysa ludzi. Sołtys wyznaczył ludzi, ale nikt nie chciał jechać. Sołtys więc urządził łapankę. W każdej wsi było kilku zakładników i ludzie Ci odpowiadali za porządek we wsi. Gdyby się coś stało, zakładników zabierali Niemcy do więzienia a nawet na śmierć. Poszli więc Ci zakładnicy łapać ludzi na wywóz do Niemiec. Złapali kilku ludzi, związali ich sznurami i odwieźli furmanką do Rzeszowa. Po drodze kilku im uciekło, ale trochę dowieźli, takich ułomnych. Więc z Krakowa Niemcy ich wrócili.

Późną jesienią, konkretnie ósmego listopada, wybrałem się do Rzeszowa na targ. Wcześniej nie jeździłem, bo obawiałem się Niemców. Wtedy jak na złość pojechałem i nie wróciłem. A było to tak. Poszedłem na plac targowy, zwany giełdą. Tam można było kupić używane stare ubrania, buty, bieliznę. Ja tam chodzę i przyglądam się, co by tu kupić. Zauważyłem, że przygląda mi się hitlerowiec o wyglądzie kata. Tak mnie to zaniepokoiło, że zawróciłem aby się schronić między ludzi. Było już jednak za późno. Krzyknął na mnie abym szedł do niego. Ucieczka była już niemożliwa. Obawiałem się, że strzeli do mnie. Nie spodziewałem się jakie to przyniesie następstwa. Myślałem, że wylegitymuje i da mi spokój. Myliłem się, zabrał mi dokumenty i kazał iść naprzód. Zaprowadził mnie do takiej obskurnej nory. Było tam już kilkunastu ludzi. Wszyscy w ten sposób wyłapani. Stalo tam też dwu hitlerowców, oddał mnie w ich ręce i odszedł. Hitlerowcy przyprowadzali tak jeszcze po jednym, po dwóch ludzi.

Wieczorem wszystkich Nas kilkudziesięciu zabrali na pociąg i powieźli do Krakowa. Tam dołączyli Nas do transportu sformowanego w Krakowie i pod opieką policji pojechaliśmy do Katowic. Potem pociąg zatrzymał się na większej stacji Breslau, później było Gerlitz i Drezden. Późno wieczór pociąg zatrzymał się na stacji Selb. Było to miasto nieduże. Tu nas wyładowali i zaprowadzili Nas na nocleg do jakiegoś domu, nieokreślonego przeznaczenia. Na piętrze były stoły i ławki. Dali nam „kolację”, mała przekąskę. Ja nie jadłem od poprzedniego dnia rano. Dano Nam koce i położyliśmy się spać na stołach. Baliśmy się, że jak zaczną bomby lecieć to nie uciekniemy z tego domu. Na drugi dzień zaprowadzono Nas do lekarza na badania. Lekarz przypatrywał się Nam i pytał każdego czy nie żyd. Po badaniach zaprowadzono Nas do łaźni. Tam zdjęliśmy ubrania i oni wkładali te ubrania do takich komór. Tam gorącą parą odkażali Nasze ubrania. Po tych przygotowaniach rozstawiono Nas do roboty.

Mnie z kilku innymi postawiono do roboty w fabryce porcelany. Była to firma Krautchaim und Adelberg. Na mieszkanie zaprowadzono Nas do takiej hali, w której dawniej było kino. Był to lokal olbrzymi. Mieszkało Nas tam ponad dwa tysiące. Były tam dwupiętrowe łóżka, no i masa pluskiew. Było tak ciasno, że trudno było przejść. Był tam taki wrzask i hałas, że trudno było coś usłyszeć.

W fabryce pracowałem przy załadunku wagonów za pomocą przenośnika. Po tygodniu tej roboty, koło południa, zawołała mnie Polka do biurowca. Opadły mi ręce ze strachu. Pomyślałem, że zabierają mnie gdzieś do obozu. Gdy zaszedłem do biura, dziewczyna wytłumaczyła mi aby się nie obawiać. Po obiedzie mam przygotować się do podróży, bo pojadę do takiej samej fabryki. Po obiedzie zgłosiłem się do biura. Jeden z urzędników patrzy na mnie i pyta się gdzie mam walizkę. Mówię, że nie mam nic. Ja się przecież w podróż nie wybierałem. Po wypisaniu dokumentów, dali mi dziesięcioletniego chłopca jako przewodnika. Dali mu na bilet dla mnie i poszliśmy na stację. Jechaliśmy pociągiem około 10 km. Wysiedliśmy w miejscowości Szenwald.

Fabryka porcelany była tuż koło stacji. Poszliśmy więc wprost do fabryki. Weszliśmy do gmachu i chłopiec oddał mnie zaraz na dole majstrowi. Majster ten ( o wyglądzie bandyty) postawił mnie od razu do roboty, w palarni, gdzie wypalało się w piecach porcelanę. W tym miasteczku były trzy fabryki porcelany. Ja trafiłem do fabryki oznaczonej literą „B”. Był to gmach pięciopiętrowy. Na parterze była palarnia. W pomieszczeniu tym było sześć pieców okrągłych o średnicy sześć metrów i wysokości cztery metry. Piec taki posiadał osiem palenisk na zewnątrz oraz jedno wejście i wentylator do chłodzenia. Na piętrze była suszarnia. Piece były identyczne jak na dole. Na drugim piętrze było znów formowanie wyrobów. Wyżej był znów wyrób uszek do garnuszków, filiżanek i innych wyrobów. Majster przydzielił mnie do grupy, która miała za zadanie wyładowywanie z pieców już wypalonej porcelany. W tej grupie było dziesięcioro ludzi. Mnie połączono ze starym Niemcem, Michelem. Było jeszcze czterech Białorusinów, jeńców z polskiej armii. Nas sześciu było przeznaczonych do najcięższej pracy, do wynoszenia z pieca wypalonej porcelany. W grupie były jeszcze dwie kobiety, jedna Polka i jedna Niemka oraz Niemiec, który wyładowaną porcelanę odwoził wózkiem wprost do wagonu stojącego pod fabryką.

Porcelanę do wypału przygotowywało się w ten sposób, że w piecu ustawiało się stosy porcelany. Najpierw dookoła ścian wyroby grubsze i tak wkoło coraz drobniejsze, aż się założyło zupełnie i do góry aż po sklepienie. Potem wejście się zamurowało i wtedy palacz palił trzydzieści godzin. Jak już w piecu było wszystko rozpalone do białości, przestawał palić, uruchamiał wentylator i odbijał wejście aby piec wystygł. Rano jednak gdy wchodziliśmy do pieca było takie gorąco, że trudno było utrzymać się na nogach.

Technika wyładowywania była taka - dwóch Nas wchodziło do pieca, trzeba było sobie torować drogę wybierając porcelanę. Jeden zdejmował ze stosów po kilkadziesiąt talerzy wraz z ochronami, razem był to wielki ciężar , który podawało się drugiemu pracownikowi. Drugi odbierał i wynosił przed piec, na stół. Stawiał na stole ten stos i wracał szybko do pieca po następny. Przy stole stało dwóch robotników z drewnianymi młotkami i wybijali talerze z ochron. W czasie wypalania talerze przyklejały się do glinianych ochron, po uderzeniu talerz odklejał się. Następnie jedna z kobiet brała te talerze i układała na wózek. Wybijaczy było dwóch i dwie kobiety. Robota szła tak szybko, że nie było czasu potu obetrzeć z czoła. Na dodatek wszystko było tak gorące, że gołą ręką nie można było dotknął tych wyrobów, tylko przez szmaty. Przy pracy trzeba było się bardzo śpieszyć, bo co dzień musiało się wyładować piec. Wziąwszy pod uwagę głód, jaki tam był, człowiek nie miał siły nawet chodzić. Dodatkowo trzeba było pracować w niedzielę. Majster, Niemiec co drugą niedzielę wyznaczał kilku ludzi, Polaków do wyładowywania wagonów z węglem, gliną czy kamieniami.

W lepszym położeniu byli Białorusini, Ci z Polskiej Armii. Kiedy dostali się do niewoli, zaraz przepisali się na cywilów. Poszli do pracy w fabryce i zarabiali. Z początku żywność nie była na kartki to mieli dobrze. Nakupili sobie ubrań. Znali już język niemiecki, więc gdy przyszedł głód Oni chodzili po okolicznych wsiach i kupowali żywność u rolników. Najgorzej było z Nami, nie umieliśmy jeszcze mówić po niemiecku, więc żyliśmy tym cośmy dostali. Przysyłano Nam czasem żywność z domu, ale to nie wystarczało. Było często tak, że szedłem bez kolacji spać, a rano bez śniadania do pracy. Obiad dawali Nam w fabryce, ale był to obiad dla kota, a nie człowieka dorosłego, ciężko pracującego. Chochelka zupy - Oni nazywali to zupą, ale to była tylko mętna woda. Żeby choć było do niej kawałek chleba, toby jeszcze łagodziło sprawę, ale chleba nie było. Były cztery ziemniaki w mundurkach i łyżka kapusty.

Myślałem nieraz, czy ja się jeszcze kiedyś najem do syta, czy już z głodu umrę. Czasem można było kupić kawałek chleba u tych Białorusinów, ale oni nie chcieli sprzedawać Nam Polakom. Kiedy już sprzedawali to po bardzo wygórowanej cenie. W sklepie kilogram chleba kosztował 16 fenigów, im trzeba było dać piętnaście marek. Człowiek głodny jednak nie zważał na cenę. Białorusini uważali się za lepszych od Nas, bo ich Hitler brał w opiekę. Sądził, że Oni pójdą do jego armii, ale im się nie śpieszyło na wojnę. Oni mieli też swoje prawa: wolno było im chodzić do kina, jeździć pociągiem, a nam nie. Oni mieli wszędzie względy. Przykre było dla Nas kiedy w roku 1944 w pierwsze Święto Wielkanocy wysłał Nas majster do wyładowywania wagonów. Na domiar złego padał deszcz, tak że do południa byliśmy przemoknięci.

Jednego razu zdarzył mi się taki wypadek. Kiedy rano stanęliśmy do roboty, wszedłem do pieca i podawałem porcelanę Niemcowi, a On wynosił na stół. Gdy wyładowaliśmy jedną czwartą pieca, coś zazgrzytało, zachwiały się stosy porcelany i runęły w kierunku wyjścia, tarasując je zupełnie. Miałem szczęście, że nie zabiło tego Niemca, boby mnie posądzili, że go zabiłem umyślnie. Ja zostałem prawie pod sklepieniem pieca, na stosach porcelany i nawet nie spadłem. Miałem tam lampkę na sznurze więc nie było tak groźnie, tylko że wyjście było zasypane. Kiedy się uciszyło usłyszałem, że z zewnątrz pieca wołają czy żyję. Odezwałem się, przyszli i odrzucili ten gruz. Zaczęliśmy na nowo pracować. Obawiałem się jednak, że mnie oddadzą na policję, bo przecież zniszczyło się tyle wyrobów. Na szczęście skończyło się tylko na strachu.
W Szenwaldzie mieszkaliśmy w mieście w domu piętrowym. Były tam pokoje na sześć i na osiem osób. Trafiłem na pokój gdzie mieszkało już czterech chłopaków z rzeszowskiego i krakowskiego. Z jednym z Nich zaprzyjaźniłem się dość szybko. Chłopak ten nazwiskiem Szarek, mówił dobrze po niemiecku. Ja chętnie się od Niego uczyłem. Pracował w drugiej fabryce i tam poznał się z innym kolegą, Kościukiem, gdzieś od miasta Grodna. Ta znajomość jednak go zgubiła. W Szenwaldzie była gospoda czyli „gasthaus”.
Obaj - Szarek i Kościuk czasem tam zachodzili. Można tam było wypić tylko piwo. Do zjedzenia nie było nic, bo wszystko było na kartki. Ale im nie tylko o piwo chodziło. Tam było radio i gazety niemieckie. Niemcy już w tym czasie cofali się spod Stalingradu. Szarka to cieszyło i tłumaczył koledze Kościukowi. Obaj o tym dyskutowali i śmiali się. Stary szwab, barman, widział to i nie ścierpiał. Doniósł na Nich do policji.

Wieczorem, po pracy przyszedł do Nas do baraków komendant ubrany po cywilnemu. Zawołał Tych dwu i dłuższy czas rozmawiał z Nimi. Koledzy Ci zatrwożyli się przeczuwając nieszczęście. Kościuk mówił: Oni mnie pewnie zabiorą. Ja bym im jeszcze mógł zwiać, ale mam tu dziewczynę i nie chcę jej zostawić samej, a z Nią ucieczka jest niemożliwa. Na drugi dzień ich przewidywania sprawdziły się. Policja przyszła do fabryki i ich zabrała. Po tygodniu pytaliśmy kierownika tych baraków, Niemca, co jest z tamtymi dwoma. On nic nie powiedział tylko pociągnął ręką po gardle. Było więc jasne, że już nie żyją. Prócz Szarka i Kościuka, policja zabrała z sąsiedniej sali czterech chłopaków z Krakowa. Byli to dosyć spokojni i grzeczni chłopcy, często z Nimi rozmawiałem. Wszyscy Oni należeli w Krakowie do podziemia. Byliby przeżyli, tylko że pisali do domu po paczki żywnościowe bo był głód. Szwaby po tych listach i paczkach wyśledzili ich, zawieźli do Krakowa i tam stracili. Później zabrali też jednego Białorusa, Boruszkę. On zawinił tym, że nie chciał dołożyć jeszcze dwu talerzy do pełnego stosu pod sklepieniem. Robił w grupie, która załadowywała porcelanę do pieca. Właśnie układał w piecu, ale do jednego stosu nie dołożył dwu talerzy. On to zbagatelizował, nie przypuszczał, żeby to takie następstwa przyniosło. Przyszedł majster i kazał mu dołożyć. On tłumaczył, że to wysoko się wspinać, że i tak będzie. Majster zawołał policję i zabrali go. Po trzech tygodniach przyszła wiadomość, że zmarł na zapalenie. Wiedzieliśmy, że to kłamstwo bo był to człowiek młody i zdrowy. Oni go wykończyli. Oni za byle głupstwo zabierali do więzienia, a z więzienia zwykle już się nie wychodziło.

W roku 1944 w czasie żniw, władze fabryki zwołały Nas, pytając kto jest rolnikiem. Rolników było dużo, ja też zgłosiłem się jako rolnik. Chciałem się wreszcie wyrwać z tej fabryki. Czułem, że długo nie wytrzymam w takich warunkach. Już rok wcześniej prosiłem, aby mnie przenieśli na inną robotę, bo tu jest dla mnie za ciężko. nawet nie chcieli o tym słyszeć. Majster powiedział, że jak weźmie do tej roboty innego, to mu będzie psuł robotę. Gdy przyszła ta akcja żniwna, nie stawiali już trudności. Przeznaczono mnie do pomocy przy żniwach. Powód był taki, że brakowało im ludzi, wszystko było na wojnie, a im chodziło o chleb. Wielka Rzesza kurczyła się. Majster w fabryce powiedział Nam otwarcie - Wy się cieszycie, że bolszewicy idą naprzód, ale jeszcze dużo z Was nie zobaczy bolszewików - Obawialiśmy się, że Nas na końcu wyniszczą. Dostałem się do pracy przy żniwach we wsi Vielitz, około trzy km., od fabryki porcelany w Szenwaldzie.
strzałka do góry




U bauera
Dostałem się do pracy przy żniwach we wsi Vielitz, około trzy km., od fabryki porcelany w Szenwaldzie. Zaprowadził mnie tam stary Niemiec z fabryki i pokazał biały dom. Zaszedłem tam i zastałem dziewczynę, córkę gospodarza. Jego samego nie było ani gospodyni. Córka już była uprzedzona, że ja przyjdę. Kazała siadać i postawiła śniadanie. Nie było ciekawe, ale po głodzie w fabryce smakowało.

Po śniadaniu panna kazała mi wziąć kosę, dała mi fartuch, jak to u Niemców jest w modzie, aby się ubranie nie niszczyło i kazała mi iść na łąkę kosić. Nie wiedziałem gdzie jest łąka, ale że była droga w pole, pomyślałem, że ją tam znajdę. Rzeczywiście, gdy uszedłem około km., zobaczyłem starego Niemca koszącego łąkę. Podszedłem do niego, powiedziałem szczęść Boże i chwyciłem się kosić za nim. Nic nie pytał a ja też nic nie mówiłem. Gdyśmy dokosili do końca, dopiero się odezwał.

Pan umie dobrze kosić, czy też rolnik ? Ja mówię, że też. Kosiliśmy aż syreny zatrąbiły na drugie śniadanie o godz. dziewiątej. Wtedy Niemiec mówi, żeby iść na śniadanie. Na śniadanie był tylko suchy chleb i kawa bez cukru. Po posiłku stanęliśmy na nowo do roboty. Gdy syreny zatrąbiły na dwunastą poszliśmy do domu na obiad. Do obiadu zasiedliśmy we czworo: gospodarz Anton Graf, jego żona, córka i ja. Obiad nie był jednak zachęcający: zupa, ziemniaki i jakaś sałatka. Tyle tylko, że tu można było zjeść więcej jak w fabryce, bo nie było wydzielone. Po obiedzie bauer zabrał kosiarkę i parę wołów i pojechaliśmy na łąkę kosić.

Do południa kosiliśmy ręcznie, ale tylko tam gdzie były nierówności. Na łące on kierował tymi wołami i maszyną a my znów koło siana. O trzeciej znowu był podwieczorek, suchy chleb i ta gorzka kawa. Wieczorem pojechaliśmy do domu na kolację. Były tylko ziemniaki. Po kolacji bauer zaprowadził mnie na piętro. Była tam duża sala, łóżko i pościel po ich synu, który zginął na wojnie.

Na drugi dzień kosiliśmy pszenicę, a na trzeci dzień poszliśmy wyrywać len. Dziewczyna pyta się mnie jak mi szło w fabryce, jak dawali jeść. Mówię, że tam lepiej było jak tu u Was. Ona nie wierzyła, ale jednak na drugi dzień zarżnęli koguta. Nie na długo to jednak wystarczyło a później znów było jałowo. Robota była lżejsza jak w fabryce i na powietrzu, tylko uciążliwe było obsługiwanie bydła. Było tego dziesięć sztuk i cztery woły. Byliśmy wyznaczeni na miesiąc czasu do żniw. Przy końcu żniw, bauer powiedział, że pójdziemy z córką na łąkę grabić siano. Ta łąka była o cztery km., w innym polu, pod inną wsią. On mi dał zegarek kieszonkowy, abyśmy wiedzieli kiedy południe. Córka wzięła rower, a mnie kazała iść w tę stronę gdzie ona pojedzie. Myślałem, że nie mają drugiego roweru. Mówię do niej: żeby był drugi rower to i ja bym pojechał. Zaciekawiła się i pyta: Ty umiesz jechać na rowerze ? Mówię, że umiem. Zdziwiła się i kazała zaczekać. Wróciła do domu i przyprowadziła drugi rower. Gdyśmy już byli na łące, rozpoczął się nalot na Norymbergę. Samolotów było tyle, że całe niebo było białe od dymu. Mówię do niej: no, teraz będzie amerykański walc. A ona mówi: to co boisz się, przecież to Twoi przyjaciele lecą. Gdyśmy rozmawiali dalej, tłumaczyłem, że ja jeszcze dobrze nie rozumiem po niemiecku bo dopiero jestem rok. Gdy będę drugi rok to się nauczę. Ona patrzy na mnie i mówi: za rok to Ty już nie potrzebujesz umieć po niemiecku. Pytam, czy po angielsku ? Ona się zamyśliła i mówi, pewnie, że po angielsku. Zdziwiło mnie to bardzo i pocieszyło, że ona tak przepowiada.

Jeszcze gdy byłem w fabryce, jednego dnia zaczęli się Polacy schodzić w grupki i coś szeptali. Zaciekawiło mnie to i zapytałem. Powiedzieli mi, że front jest już w Rzeszowie, że wojska radzieckie przepędziły Niemców od Lwowa do Rzeszowa w ciągu jednego dnia. Ta wiadomość mnie ucieszyła, ale jeszcze nie wierzyliśmy. Kto był od Rzeszowa, napisaliśmy listy do domu. Za parę dni listy te wróciły z dopiskiem: chwilowo niedoręczalne. Teraz już byliśmy pewni, że jest tam front.

Do bauera przychodziła codziennie gazeta. Chociaż słabo, ale już czytałem po niemiecku. Jednego razu wyczytałem, że w Warszawie powstanie, ale zostało stłumione. Było to dla mnie jak obuchem w głowę. Ale inna gazeta pocieszyła. Pisała bowiem o walkach ulicznych w Paryżu. Teraz już nie było wątpliwości, bo jeżeli Rusini są w Rzeszowie, a Amerykanie w Paryżu, to szwaby już długo nie pociągną.


strzałka do góry




Obozowy szewc
Po miesiącu pracy u bauera, zwołano nas wszystkich z powrotem do fabryki, ale nie do roboty. Dzień siedzieliśmy darmo a oni organizowali transport na wyjazd. Wydali nam z fabryki pokwitowania i załadowaliśmy się na pociąg. Było nas cały pociąg, starsi, młodzi, kobiety i dzieci. Dojechaliśmy tego dnia do większego miasta Bajeroit. Tam się pociąg zatrzymał i wyładowaliśmy się na nocleg. Dano nam jakieś takie dziwne pomieszczenia, była tam słoma na podłodze i tam nocowaliśmy.

Na drugi dzień była niedziela, więc mieliśmy wolne. Kto chciał to wychodził na miasto. Poszedłem również, z kolegą Rogalskim. Nas nie interesowało miasto, tylko aby zdobyć coś do jedzenia. Poszliśmy za miasto do wsi. Tam u rolników, kupiliśmy trochę chleba, trochę śliwek. Niemcy chociaż niechętnie, ale sprzedali nam. Mimo, że oni nie chcieli pieniędzy, ale ja im zostawiałem na stole podwójną albo i potrójną należność, aby nie powiedzieli, żeśmy są żebrakami. Na wieczór przyszliśmy do baraków i przenocowaliśmy.

Na drugi dzień, znów załadowaliśmy się na pociąg i pojechaliśmy dalej. Po drodze pociąg przystawał na stacjach a Niemcy, rolnicy i z przedsiębiorstw przychodzili i wybierali sobie po kilku z nas do roboty. Ja też miałem ochotę gdzieś się dostać, bo obawiałem się już tej fabryki porcelany ale na mnie nie trafiło. Wreszcie na jednej stacji, przyszła kobieta i zażądała dwudziestu ludzi do tartaku. Zaraz wystąpili ochotnicy. Ona mówi: jeszcze jeden silny człowiek. Gdy ona to powiedziała, że potrzebuje jeszcze jednego, już miałem wystąpić, ale ubiegł mnie ksiądz Malec z Krakowa. Żałowałem, że się spóźniłem, ale nie było rady.
Później, w pociągu posłyszałem polską mowę, chociaż facet nie wyglądał na Polaka i nie mówił czysto po polsku. Dowiedziałem się, że jest to tłumacz, przewodnik naszego transportu, Serb. Władał pięcioma językami. Był to człowiek bardzo sympatyczny. Zapytałem go, czy by dla mnie nie znalazł jakiej innej roboty. Obawiałem się, że znów dadzą mnie do fabryki porcelany. On się pyta, a co Ty umiesz robić ? Mówię, że jestem szewcem. Dobrze, będziesz robił u nas w obozie. Ucieszyłem się trochę, ale w drodze zaczęto szeptać, że jedziemy do Regensburga, bo tam zbombardowano fabrykę i brakuje ludzi. Jak się wkrótce okazało, wyładowaliśmy się w małym miasteczku Pegnitz, gdzie była tylko jedna fabryka, czyli huta jak oni nazywali. Odlewano tam armatury.


Legitymacja pracownicza
Schuhmacher (szewc)


Legitymacja pracownicza
Schuhmacher (szewc)

Zaprowadzono nas do obozu, km., za miastem. Był to zespół baraków z desek. Mieszkali tam już Włosi, internowani Francuzi no i masa Rusinów - niewolników, Ci ludzie byli najgorzej traktowani. Ich baraki były ogrodzone drutem kolczastym i byli pilnowani. Francuzi, Włosi i Polacy nie byli pilnowani. Wprowadzono nas do baraków, opuszczonych podobno przez Francuzów. Zastaliśmy tam tylko śmieci, ale że było do wieczora jeszcze daleko, zakrzątnęliśmy się i doprowadzili do porządku. Sienniki wypchaliśmy słomą, otrzymaliśmy koce. Wreszcie gdy było wszystko skończone, poszliśmy na kolację do tej huty.

Tam była kuchnia i jadalnia. My tam chodziliśmy jeść, tak samo i Francuzi i Włosi, Rusini już jednak tam nie chodzili. Na drugi dzień poszliśmy wszyscy na śniadanie. Po śniadaniu zebrano nas wszystkich przed fabryką i zaczęto spisywać, jaki kto ma zawód. Odpowiednio do tego wysyłali do roboty. Gdy się mnie zapytał jaki zawód, powiedziałem, że jestem szewcem. Więcej szewców nie było, więc „Lagerfurer” kazał mi iść do obozu do pracowni. Zgłosiłem się do majstra warsztatu. On mówi, że ma ludzi i nie potrzebuje. Zasmuciła mnie ta odmowa, ale przyszedł Lagerfurer i kazał mi dać robotę. Majster, Niemiec, dał mi więc robotę, bardzo trudną. Myślał, że nie umiem, to mnie wypędzi. Ja robotę wykonałem, odebrał i nic nie powiedział tylko dał mi następną.

Pracownia nasza, było to niewielkie pomieszczenie w baraku. Pracowało tu: majster Niemiec, jeden Włoch, jeden Francuz, trzech Rusinów no i ja, Polak. Za przepierzeniem z desek, była znów pracownia krawiecka. Tam był majstrem Ukrainiec od Lwowa oraz jeden Włoch i jeden Francuz. Były to pracownie nastawione na reperacje dla obozu. Nowe wyroby wykonywaliśmy rzadko. Wieczór, po skończonej pracy, pytam się majstra czy jutro przychodzić. Mówi: tak, o szóstej. No, pomyślałem, to się wreszcie skończyła fabryka porcelany. W zawodzie szewskim była przecież robota lżejsza, ale też był mniejszy przydział chleba i tłuszczu. Ale można było u chłopów dokupić żywności.

Ja mieszkałem w następnym baraku. Miałem więc do roboty parę kroków, czego mi zresztą inni zazdrościli. Miałem natomiast za zadanie przychodzić wcześniej i napalić w piecu żelaznym w naszej pracowni. Z mieszkaniem było gorzej. Mieszkało nas na sali trzydziestu. Łóżka piętrowe, pluskwy, no i te częste swary, krzyki. Ale nas to już nie martwiło, bośmy wiedzieli, że front wschodni jest na Wiśle a zachodni we Francji. Teraz już było jasne, że wojna niedługo się skończy i pojedziemy do domu.

Było tu kilkunastu chłopców, Polaków do dwunastu lat. Oni zauważyli, że ludzie kopią ziemniaki. Poszli wprost do tych ludzi i kupowali ziemniaki, więc głód się zmniejszył. Potem znaleźli taki sklep, gdzie można było kupić kwaśnego mleka lub maślanki, to już można było się pożywić. Wybrali się i do wsi i kupili chleba i jaj. Więc los się nam z miejsca poprawił. W soboty pracowaliśmy tylko do południa. Po południu i w niedzielę mieliśmy wolne.

Jednej soboty postanowiłem iść do wsi. Zawołałem więc kolegę Rogalskiego z Wołomina, i poszliśmy w stronę wsi, około cztery km. Na świecie było ciepło. Gdy byliśmy już niedaleko tej wsi, spotkaliśmy na polu, koło drogi dwie kobiety kopiące ziemniaki. Podeszliśmy do nich, powiedzieliśmy „Szczęść Boże” i zagadnęliśmy, że my im pomożemy kopać a one nam dadzą za to ziemniaków. Zgodziły się chętnie i wzięliśmy się do kopania. Rządki były wyorane a my tylko rozgarniali ziemię i zbieraliśmy ziemniaki. Niedługo przyjechał gospodarz, wozem zaprzęgniętym w dwie krowy. On się ucieszył i uraczył nas przywiezionym właśnie podwieczorkiem. Jedzenie było tu ważniejsze jak pieniądze. Kopaliśmy do wieczora. Potem załadowaliśmy ziemniaki na wóz. Gospodarz się pyta, czy byśmy jutro przyszli do niego zrywać owoce. Z chęcią przystaliśmy na to. Chciał nam dać za tę robotę ziemniaków cały worek. My nie chcieliśmy tyle, bo daleko było do domu. Wzięliśmy tylko parę kilo i wróciliśmy do domu.

Na drugi dzień, po śniadaniu, wybraliśmy się do naszego gospodarza. On nam wczoraj wytłumaczył, że nazywa się Wencel, mieszka przy kościele i jest organistą. Z łatwością trafiliśmy do niego. Poszliśmy zrywać gruszki. Po jakimś czasie zawołano nas na obiad. Usiedliśmy przy jednym stole. My, oni oboje i ich syn, który właśnie przyjechał na urlop z frontu. Gdy już stół był zastawiony, wszyscy wstali do wspólnej modlitwy. My po niemiecku nie umieliśmy się modlić, ale też żeśmy mruczeli. Po obiedzie zrywaliśmy znów śliwki. Na wieczór nakarmili nas. Za pracę dali nam trochę tych owoców i kartki żywnościowe. Odeszliśmy zadowoleni a pan Wencel zaprosił nas na następną sobotę. Gdy przyszliśmy do domu, było nowością na sali, że mamy tyle owoców, aż nam zazdrościli. Wszystkich nie mogliśmy poczęstować ale bliższym sąsiadom trzeba było dać. Przez tydzień dożywialiśmy się chlebem kupowanym w sklepie na te właśnie zarobione kartki. W następną sobotę poszliśmy znów do Wencla. Tym razem wycinaliśmy kapustę i zwozili. W inną sobotę pojechaliśmy do lasu po drzewo. I tak było co sobotę, aż przyszła zima. Poszliśmy jeszcze raz i narąbali mu drzewa na drobno pod kuchnię. Za każdym razem, oczywiście bauer karmił nas i odpowiednio płacił, żywnością, albo kartkami żywnościowymi. Na koniec kazał przyjść jeszcze raz. Gdyśmy zaszli, zaprowadził nas do księdza.

U księdza rąbaliśmy znów drzewo dwie soboty. Wieczór gosposia zaprosiła nas na kolację. Przy stole siedział już ksiądz, taki gruby, że z trudnością w drzwiach się mieścił. Kazał nam siadać i jeść. Zaczął z nami rozmawiać, jak tam w Polsce, czy też katolicy i co my robimy w Polsce. Gosposia hojnie nas obdarowała za tą pracę i więcej już pracy nie było. W ciągu zimy, gdy głód dokuczał, szliśmy kilka razy do innych wsi, aby kupić coś do jedzenia. Niemcy nie chcieli sprzedawać, ale zawsze znaleźliśmy takiego co sprzedał. To pół bochenka chleba, a to kawałek słoniny. Raz kupiliśmy kurę.

Jesienią przybyło do naszego obozu dwudziestu Ruskich jeńców. Byli to ludzie, którzy zostali zwerbowani z obozu jenieckiego do armii hitlerowskiej. Podobno zgłosili się z głodu. Po rozbiciu ich na froncie francuskim i wyleczeniu (bo byli wszyscy ranni) przysłano ich do naszej fabryki. Jeden z nich szczególnie utkwił mi w pamięci. Miał obcięte od miny palce do połowy stóp. Jego przydzielono do sąsiedniej sali. Opowiadał o wojnie i jednego razu powiedział (a było to w listopadzie, front był na Wiśle), że wielka ofensywa ruszy w styczniu. Podziwialiśmy go za to proroctwo, które się niebawem sprawdziło. Wiosną wzmogły się naloty i teraz już poleciały bomby na nasze miasteczko. Obyło się bez większych strat, ale Niemcy lamentowali, że „alles kaput”.

Robota nie szła tak szybko jak dawniej. Niemcy chodzili ze spuszczonymi głowami. W naszym warsztacie też już tak nie szło. Nie było materiału, nie było czym palić, węgla już brakowało, jeździli do lasu po gałęzie. Myśmy się tylko uśmiechali w duchu. Jednego dnia ja, drugi szewc z warsztatu, Włoch i nasz majster pojechaliśmy pociągiem do większego miasta po materiał. Dla mnie i dla Włocha wszystko było wesołe: jak ludzie w pociągu jechali z opuszczonymi uszami, jak po drodze było coś zbombardowane, jak weszło do wagonu dwu cywilów i oświadczyli: policja kryminalna, proszę dokumenty i jak dokładnie legitymowali każdego. Za nas odpowiadał majster mówiąc: my z huty Pegnitz, ten i ten, wskazując na mnie i na Włocha. Gdyśmy zajechali do tego miasta, tam nie można było nic kupić do jedzenia. Mieliśmy na obiad karty urlopowe, tośmy na te karty w jednej restauracji kupili zupę. Włoch się śmiał, że Niemcy już cienko śpiewają. Na wieczór przyjechaliśmy do domu. Ten dzień był dla nas wesoły. Pod koniec wojny w soboty już żeśmy nie robili.
strzałka do góry




Amerykanie
Na początku kwietnia postanowiłem iść do wsi, gdzie miałem tego znajomego organistę. Wybrałem się więc rano. Było ciepło, słonecznie. Pamiętam ten dzień do dziś, gdyż tego dnia zobaczyłem po raz pierwszy Amerykanów. Miałem przechodzić pod torem kolejowym. Gdy byłem już parę kroków od nasypu, usłyszałem przekleństwa niemieckie. Zobaczyłem zaraz, że kilku niemieckich oficerów jechało bryczką na parę koni w moją stronę. Konie były wysokie i nie weszły pod ten wiadukt. Nawrócili i z przekleństwami pojechali do głównej drogi. Za nasypem była główna droga. Co tam zobaczyłem przeszło moje oczekiwania. Tam był wielki ruch. Samochody pancerne i zwykłe oraz czołgi jechały na złamanie karku. Po rowach leżało dużo samochodów rozbitych, popalonych. Jeżeli w tym wielkim ruchu samochód się przewrócił, Niemcy nie mieli już czasu go stawiać na koła. Ucieszył mnie ten pośpiech i przerażone miny szwabów. Pomyślałem: no przyszło wam na koniec. Rozglądałem się jeszcze kilka minut a gdy trochę ruch ustał, miałem zamiar iść do tej wsi. Gdy uszedłem pół km., usłyszałem w stronie tej właśnie wsi strzały z karabinów maszynowych. Postanowiłem wrócić do obozu. Gdy szedłem z powrotem, zauważyłem na wzgórzu, niedaleko, kilkunastu kawalerzystów na koniach. Jechali przez pola, jeden za drugim od strony „Bajeroit”, gdzie Amerykanie zaszli Niemców od tyłu. Kawalerzyści zmierzali w stronę bliskiego lasu. Za chwilę wyszło z zarośli kilku piechurów z kijami, obandażowani, przechodzili blisko mnie. Jeden z nich pyta się, jaka to miejscowość: ja odpowiedziałem, że Pegnitz. Poszli w stronę lasu.

Przypomniało mi się wtedy, jak przyjechaliśmy do Niemiec, pokazali nam film. Więcej nie wolno nam było chodzić do kina. To był film ośmieszający Polskę i Polaków: jak to Polacy na koniach, atakowali niemieckie czołgi.

Gdy przyszedłem do obozu, usłyszałem radosną wieść, że w mieście już są Amerykanie. Mówię, to ja pójdę ich zobaczyć. Pod miastem był taki basen kąpielowy. Koło basenu były szatnie i inne pomieszczenia. Tam Niemcy mieli schowaną broń. Była to organizacja wojskowa z tych starych ludzi, którzy nie nadawali się już na wojnę. Oni ćwiczyli i mieli bronić ojczyzny. Hasła na ścianach i płotach głosiły: niech każdy próg będzie twierdzą, niech się wróg przekona, że z Niemcami nie łatwa sprawa. Zwycięstwo albo bolszewicki chaos. Gdzie indziej znów: koła muszą się obracać dla zwycięstwa. Organizacja „Volkssturm” staruszków jednak nie wystąpiła, bo Amerykanie ich uprzedzili, najeżdżając z innej strony. Koło tego basenu stał żołnierz amerykański, mówił jednak po polsku. Zabierał przechodzących ulicą Niemców cywilów i kazał im zabierać te karabiny i wynosić na ulicę. Na ulicy rozkładali te karabiny warstwami a czołg amerykański jeździł po nich i łamał.

Gdy doszedłem do rynku, w mieście była pustka. Niemcy tylko wyglądali zza rogów. Z drugiej strony, do rynku maszerowała kolumna wojska. Na przodzie szedł żołnierz amerykański. W obydwu rękach miał pistolety. Za nim szła kolumna Niemców, oficerów dobrze odżywionych, oczywiście bez broni. Jak się później dowiedziałem, było ich dwustu. W połowie tej kolumny, z boku, po drugiej stronie ulicy, jechał mały samochód amerykański. Kierowca, żołnierz, prowadził, a w środku wozu siedział drugi żołnierz, trzymając w pogotowiu karabin maszynowy, skierowany w tych Niemców. Z tyłu kolumny szedł znów żołnierz z dwoma pistoletami w rękach. Szedłem sobie chodnikiem sam. Gdy doszedłem do tej kolumny, ukłoniłem się żołnierzowi. On mi się odkłonił. Doszli do połowy rynku. Żołnierz zatrzymał się i skierował Niemców do sali zebrań. Amerykanów przyjechało tylko czterech, a Niemców było przeszło dwieście. Ale, że Niemcy byli w odwrocie, zrezygnowani i sami oficerowie, nie stawiali oporu. Amerykanie łatwo ich opanowali.

Niemcy, cywile, później się zastanawiali jak to może być, że się pozwolili ująć czterem żołnierzom. Później przyjechało kilka samochodów ciężarowych, amerykańskich i zabrali tych Niemców. Amerykanie stali o pięć km., we wsi Bigenbach. Tam stały czołgi i dużo wojska. Gdy Amerykanie odjechali, w mieście nie było żadnej władzy. Na drugi dzień była niedziela. Poszliśmy wszyscy do miasta, aby zobaczyć Amerykanów, ale ich tam nie było. Zaraz pod miastem była góra Zamkowa - były tam jeszcze ruiny na szczycie. Pod tą górą Niemcy pozostawili tabory, kuchnie, jeszcze z jedzeniem i karabiny. Gdyśmy szli do tej góry, z powrotem już jechali Niemcy, cywile z miasta, wioząc na ręcznych wózkach różne rzeczy, zabrane z tych taborów. Pozabierali co się dało: żywność, uprzęże, pasy, plandeki. Mówiliśmy do siebie: jaka to niemiecka uczciwość. Gdyśmy tam doszli, było jeszcze dużo rzeczy. Żołnierze porzucili dokumenty, nawet mundury. My jednak nic nie braliśmy, dla nas nie miało to znaczenia.

Wieczór, ponieważ Amerykanie się wycofali, w mieście pojawili się Niemcy z bronią, w ubraniach cywilnych i zaczęli wprowadzać porządek. Nas i częściowo Niemców wprowadzili do schronu czyli do szybu. Była tam kopalnia rudy, ale szyb był wyżłobiony nie pionowo tylko poziomo, bo teren był górzysty. U wejścia były żelazne drzwi, które zamknęli i musieliśmy tam spędzić noc, na siedząco. Była to męka bo pościeli tam żadnej nie było. W nocy była gdzieś w pobliżu bitwa, bośmy słyszeli strzały armatnie. Rano wypuścili nas i poszliśmy do baraków. W mieście nadal nie było żadnej władzy. W ciągu dnia zaczęły krążyć pogłoski, że hitlerowcy rozproszeni po lasach wychodzą w nocy i napadają na Polaków w obozach.

W naszym mieście też była w nocy jakaś banda. Szukali burmistrza, dlatego, że on wywiesił białą flagę na Ratuszu gdy Amerykanie nadchodzili. Nie znaleźli go jednak, więc wrzucili do Ratusza granaty, wybijając okna i niszcząc budynek. Do obozu jednak nie przyszli. Nas to wszystko tak przestraszyło, że postanowiliśmy uciekać do Amerykanów. Zebrało się nas kilkunastu, z bagażem, i poszliśmy w stronę Amerykanów, pięć km. Po drodze spotkaliśmy wojsko rozciągnięte linią przez pola. Oni nas nie zaczepiali, mieliśmy zresztą oznaki”P”, to wiadomo było że to Polacy. Wreszcie nad wieczorem doszliśmy do tej wsi. Na skraju wsi, w małych zaroślach, siedziało dwu żołnierzy. Oni nas zatrzymali, wylegitymowali i kazali iść dalej. Weszliśmy do wsi, tam było wojsko, czołgi, kuchnie. Sprowadzono kapitana, który nas wysłuchał i kazał nam przenocować w stodole chłopskiej.

Niektórzy nasi chłopcy postanowili wstąpić do wojska Amerykańskiego. Zebrało się ich dziesięciu. Kapitan ich przyjął, wydał im zaraz mundury i broń. Na drugi dzień poszli z wojskiem na front. Wieczorem jeszcze rozdali kolegom swoje ubrania i bagaże. Na drugi dzień kapitan powiedział abyśmy zaczekali trzy dni i jak oni pójdą naprzód, to my wrócimy z nimi, albo żeby przejść ich linię i iść na tyły, do wsi. Poszliśmy na tyły. Gdy wyszliśmy na drogę główną, jechało tam tyle wojska, że nie można było przejść na drugą stronę. Pierwszy raz wtedy zobaczyłem Murzynów. Gdyśmy się tak gapili, zainteresował się nami posterunek amerykański. Zabrał nas i wprowadził do jednego gospodarstwa chłopskiego. Tam kazali siedzieć. Tam już było takich dużo. Wreszcie przyszedł kapitan, wybierał niektórych i legitymował. Było tam zatrzymanych kilku Niemców, młodych, w ubraniach cywilnych ale wyglądających na żołnierzy. Do wieczora nazbierało się różnych uciekinierów. Nocowaliśmy w stodole tego bauera.

Wieczorem przyjechał do nas samochód towarowy z flagą Radziecką. Na samochodzie było około dwadzieścia ludzi, mężczyzn i kobiet. Byli to Rosjanie, cywile, zabrani na roboty. Robili w fabryce a gdy odzyskali wolność, zabrali samochód z tej fabryki i jechali do domu. Na drugi dzień Amerykanie jeździli po okolicznych lasach i za każdym razem przywozili kilku hitlerowców. Raz przywieźli tylko jednego. Kierowca , Murzyn, założył mu ręce na kark i kazał mu tak trzymać a on dokonał rewizji. Niemiec miał tylko scyzoryk i mały portfel, z drobną sumą pieniędzy. Murzyn to rzucił między Rusinów a jego kopnął w tyłek i kazał iść do grupy zatrzymanych.

Koło południa gdy już wojska przejechały, wybraliśmy się w dalszą drogę. Zaszliśmy do jednej małej wsi pod samym lasem. Tam Niemcy miejscowi zakwaterowali nas w szkole. Pościelili na podłodze słomy i dali koce. Spaliśmy czujnie, czy hitlerowcy z lasu nie przyjdą. Na drugi dzień, wieczorem, przyjechało do nas dwu żołnierzy amerykańskich. Przestraszyli nas bo podjechali po cichu. Jednemu z nich przyszło do głowy strzelić z karabinu. Myśleliśmy, że to hitlerowcy. Dopiero gdy wyskoczyliśmy na dwór i zobaczyliśmy, że to Amerykanie, strach minął. Dowiedzieliśmy się, że możemy już wracać do Pegnitz, bo tam już są Amerykanie.

Na drugi dzień zebraliśmy się i wyruszyli w drogę powrotną. Szliśmy pieszo, ale w drodze spotkaliśmy Polaków, którzy jechali wozem zaprzężonym w dwa konie. Na wozie były bagaże i jeden woźnica. Reszta szła pieszo. Przyjęli nasze bagaże. Tak dojechaliśmy do Pegnitz, a tamci pojechali dalej. Wybrali się jechać do Polski końmi. Gdy przyszliśmy na stare śmieci, czyli do swoich baraków, zastaliśmy wszystko splądrowane. Szafy rozbite, a co tam było w szafach, zabrane. Ja zostawiłem w szafie ubranie, buty, żywność oraz węgiel. Wszystko ktoś zabrał. Ci co nie uciekali, skorzystali jeszcze z tego, że Amerykanie oswobodzili pobliski obóz koncentracyjny. Więźniowie przyszli do naszego miasta i porozbijali sklepy, zabierając częściowo towary. Resztę kazali brać naszym. Oni chętnie skorzystali i zabrali ubrania, obuwie i co tam miało jakąś wartość. Zaczęliśmy na nowo zakładać gospodarstwo. Żywność dali nam Niemcy na rozkaz Amerykanów. Gdyśmy wrócili, w naszym obozie nie było już Ruskich niewolników. Odjechali także Francuzi. Pozostali jeszcze Włosi. Polaków natomiast codziennie przybywało z okolicznych wsi.
strzałka do góry




Wolność
Do roboty nie mieliśmy nic. Próżnowaliśmy za tamte czasy, gdy musieliśmy ciężko pracować. Chodziliśmy po okolicy i oglądaliśmy różne zakątki. Po miesiącu takiego łazikowania przyszła wiadomość, że będzie wyjazd do Polski. Ukraińcy powiedzieli, że nie pojadą do Polski. Jeden z nich powiedział, ”ja pojadę do Polski ale gdy w Polsce będzie rząd londyński. Ja ich znam, tych czerwonych. Ja stałem pod murem. Nie zabili mnie tylko dlatego, że nie mieli na moje miejsce kogo postawić w fabryce”. Gdy przyszedł dzień wyjazdu, Ukraińcy, jeszcze po ciemku, spakowali się i uciekli na wieś. Później przyjechały samochody amerykańskie, wojskowe i kazali się nam ładować. Załadowaliśmy kilka samochodów i powieźli nas do stacji zbornej Forchheim. Tam już stało kilka transportów Polaków. Wreszcie my załadowaliśmy się na jeden transport. Były to wagony towarowe. Do każdego wagonu Amerykanie wrzucili beczułkę wody. Sądziliśmy najpierw, że to piwo, bo beczułki były od piwa. Ale w drodze i woda była potrzebna.

Wyruszyliśmy już wieczorem. Jechaliśmy całą noc i następny dzień. Stacje, przez które przejeżdżaliśmy były przeważnie w gruzach. Zatrzymaliśmy się na jednej stacyjce, której nie było, były tylko gruzy. Oświadczono nam, że tu będziemy nocować. Dziewczyny zaraz wysypały się z wagonów i zapalały kuchenki spirytusowe. Grzały mleko dla dzieci. Dziewczyny, chociaż nie wiozły mężów ale dzieci wiozły obowiązkowo. Wagony, w których jechaliśmy, były podziurawione od pocisków. Było deszczowo i przeciekało nam do środka. Na szczęście jeden z naszego wagonu miał plandekę więc wyszliśmy na dach i przykryli wagon. Rozłożyliśmy się na podłodze, pościeli nie było żadnej. Leżeliśmy tak ciasno, że nie było można przekręcić się na drugi bok.

Na drugi dzień zjawił się oficer amerykański, rosyjski i dwu niemieckich. Amerykanin i Rosjanin kazali nas nakarmić tym Niemcom. Poszli do ocalałego magazynu i wydali nam trochę żywności. Ja otrzymałem puszkę kiełbasy i puszkę sera. Po śniadaniu zawiadomiono nas, że do Polski nie pojedziemy, bo granice jeszcze nie uregulowane, tylko pojedziemy z powrotem. Tak wróciliśmy do stacji wyjściowej. Tam znów przyjechały samochody i dowiozły nas do Pegnitz do naszego obozu.

W obozie zastaliśmy taki tłok, że nie było gdzie przejść. Naschodziło się Polaków (a dużo Amerykanie zbierali i przywozili) tak, że my nie mieliśmy gdzie zamieszkać. Aż jeden Amerykanin doprowadził do porządku i ulokował nas w salach które wcześniej zajmowaliśmy. Jeden z naszych, zabrał z poczty autobus pocztowy, uruchomił i przyjechał do obozu. Powiedział: kto chce jechać na wycieczkę ?. Wsiadło nas kilku i pojechaliśmy. Jechaliśmy przeważnie lasami. W Bawarii jest dużo lasów. Gdyśmy przejechali kilkanaście km., spotkaliśmy wśród lasów, na górze, zamek Geringa. Okrążyliśmy go i inną drogą powróciliśmy do obozu. Obawialiśmy się jeździć po lasach, aby się nie natknąć na resztki hitlerowców.

Nasi chłopcy znaleźli gdzieś w mieście, skład mundurów niemieckich służby pomocniczej, koloru polskiego. Przywieźli do obozu i każdy z nas dostał mundur. Po tych przejścizch, wyjazd do Polski zszedł na dalszy plan. Nie było nadziei na rychły wyjazd. Zadomowiliśmy się na dobre. Chodziliśmy po całym obozie, tam gdzie mieszkali Rusini i Francuzi, do basenu kąpielowego. Musieliśmy sobie przyrządzać jedzenie. Do nas przychodzili żołnierze polskiego pochodzenia aby porozmawiać z Polakami. Przychodzili i inni. Jeden żołnierz nie umiał ani słowa po polsku, mimo że był Polakiem. Był zasmucony z tego powodu. Umiał jednak mówić po niemiecku. Opowiadał, że jego rodzice pochodzą od Sandomierza, ale w domu nie mówili do niego po polsku.

Jednego razu przyszli do nas Amerykanie z propozycją, aby kilku z nas poszło do kuchni, do pomocy kucharzom. Zgłosiłem się i mój kolega Popławski, gdzieś od Warszawy. Więcej chętnych nie było. Natomiast zgłosiło się kilku Włochów. Chodziliśmy tam o godz. szóstej rano, do pomocy do śniadania. Zajęło nam to dwie godziny. Na obiad też dwie godz. i na kolację również dwie. Trzeba było posprzątać. Kuchnia i jadalnia były urządzone pod namiotem. Trzeba było kotły wyczyścić, wody nalać na kawę i do mycia naczyń. Zapalić w tych kotłach i zagotować wodę. Kotły mieli dziwne, w których się paliło na dnie kotła. Była wmontowana taka jakby trzylitrowa puszka. Otwór był na zewnatrz. Do tego otworu wlewało się trochę benzyny, pompowało się powietrze i podpalało się. Za parę minut woda się gotowała. Cała żywność była tam konserwowa, z Ameryki. Nawet ziemniaki mieli swoje, z Ameryki, w specjalnych skrzynkach. Powodzenie mieliśmy tam dobre. Była tam taka moda, że cokolwiek kucharze wzięli do śniadania czy obiadu a nie zużyli, to te napoczęte puszki oddawali nam. Było tam i mięso mrożone, i jaja w proszku, i ciastka, nawet figi. Tak żeśmy całą salę żywili. Gdy się Amerykanie wyprowadzali, wypłacili nam markami, że byliśmy bardzo zadowoleni.

Jednego razu wybrałem się do miasta. Było to koło południa. Po drodze spotkałem żołnierza amerykańskiego. Ja się przyglądam jemu, a on mnie. Nie miałem odznaki polskiej, bo wtedy już nie trzeba było nosić. No wreszcie mówi do mnie po polsku: gdzie idziesz ? Mnie to bardzo zdziwiło. Przecież nie miałem napisane na czole, że jestem Polakiem. Pytam go: skąd pan wie, że jestem Polakiem ? A on mówi: bo wyglądasz na Polaka. Porozmawialiśmy trochę.

Jednego dnia wrócili nasi wojacy (to znaczy tych dziesięciu, którzy wstąpili do wojska amerykańskiego). Wrócili zdrowi i z odpowiednim bagażem. Jeden z nich Bielaszka, nie wrócił, bo gdzieś tam złamał nogę, więc odwieźli go samolotem do Paryża. Gdy się wyleczył, wrócił do nas. Jeden z wojaków zostawił w obozie narzeczoną. Gdy on odjechał na wojnę, ona zdążyła wyjść za drugiego. Gdy on wrócił, nastała ta przysłowiowa Sodoma i Gomora. Ona płakała, były kłótnie, ale wróciła do tego pierwszego, nieślubnego. Chodziliśmy też na plac sportowy. Tam Amerykanie grali w piłkę. Było tam też wesołe miasteczko, tośmy mieli trochę rozrywki. Cieszyło nas to, że Niemcy położyli uszy po sobie. Nie byli takimi panami jak przedtem.

Gdy pracowałem u Amerykanów, to pozostawało dożo resztek jedzenia, bo żaden żołnierz nie zjadł całej porcji jaką dostał. Połowę tego wyrzucali do takiej beczki, a taki stary Niemiec przyjeżdżał koniem i zabierał to do domu. Ale zanim on to zabrał, przychodziły dzieci niemieckie, takie do dziesięć lat, z puszkami i wybierały z tej beczki większe kawałki chleba czy mięsa. Amerykanie nie spalali nigdy całych papierosów, tylko do połowy. Resztę rzucali na ziemię. Te dzieci a nawet i starzy Niemcy zbierali te niedopałki. A my mówiliśmy: jak to szwabom przyszło na koniec.

Po wyzwoleniu pojechałem jednego razu do Szenwaldu. Do fabryki porcelany. Ciekawy byłem, czy tam są jeszcze nasi ludzie. Było jeszcze trochę znajomych. Potem przyszło mi do głowy, aby odwiedzić tego bauera, u którego robiłem we żniwa. Tam zastałem wszystko po staremu. Przyjęli mnie grzecznie, a że to był już wieczór, kazali nocować. Na drugi dzień dali śniadanie a gdy się wybierałem, córka gospodarza mówi, żeby nie jechać do Polski tylko zostać u nich. Mówię, że nie mogę, bo mam w Polsce żonę i dziecko. Ona mówi: jeżeli Ci żonę Ruscy zabili, to przyjedź tutaj.
strzałka do góry




Powrót
Wreszcie, po trzech miesiącach przyszła długo oczekiwana wiadomość, że możemy wyjeżdżać do Polski. Że w Bayreuth utworzył się Polski Komitet i organizuje wyjazd. Zaczęliśmy się przygotowywać do podróży. Zgłosiliśmy się prawie wszyscy oprócz Ukraińców. Otrzymaliśmy żywność na drogę i jednego dnia podjechały samochody. Zabrały nas do stacji Forchheim, gdzieśmy się załadowali na transport. Jazda była utrudniona bo wagony były przepełnione. Jechaliśmy przez Czechy, aż dojechaliśmy do Pilzna. W Pilźnie było kilka transportów Polaków.

Karta repatriacyjna

Usłyszeliśmy, że będziemy tu stać dłuższy czas. Więc wybraliśmy się z kolegą na miasto. Poszukaliśmy banku chcąc wymienić marki na korony. Nie mogliśmy się dogadać z urzędnikiem, Czechem. On jednak zrozumiał o co nam chodzi, bo dał nam do zrozumienia, że już wymiana skończona. A za marki nie mogliśmy nic kupić. Gdyśmy po dwu godzinach wrócili, nie zastaliśmy swego transportu na stacji. Zaczęliśmy biegać ze strachem, bo przecież chodziło o to, żeby się do domu dostać no i mieliśmy tam bagaże. Gdyśmy tak chodzili dookoła, natknęliśmy się na znajomych ludzi z naszego wagonu. Oni mówią: my wszystko wasze przenieśli do tego wagonu i wyjaśnili nam, że transporty, które nas tu dowiozły były niemieckie. Tu nas przeładowali na czeskie. Na tych wagonach nam się pogorszyło, bo to były wagony płytkie, otwarte, a było deszczowno.

Wyruszyliśmy wreszcie do Pragi. Gdyśmy trochę ujechali, wreszcie zobaczyliśmy granicę. Na szosie, w lesie była zapora i po jednej stronie stał żołnierz amerykański a po drugiej radziecki. Gdy przejechaliśmy granicę, niedaleko była polana. Na polanie pasły się konie wojskowe, rosyjskie i kręcili się żołnierze ruscy. Gdyśmy zobaczyli żołnierzy radzieckich, zdawało się nam, że już jesteśmy w domu: tak się nam zdawali ci ludzie bliscy. Dojechaliśmy wreszcie do Pragi. W Pradze już stało kilka transportów Polaków. Kręciło się tam pełno wojska radzieckiego. Niektórzy przychodzili do nas i rozmawiali: było to w sobotę wieczorem. Dostaliśmy wszyscy kolację od Czerwonego Krzyża i udaliśmy się na spoczynek w tych wagonach. Noc była zimna, ale nie było rady. Na drugi dzień, po lichym śniadaniu, ruszyliśmy w dalszą drogę.

W następnym wagonie jechali też Polacy, ale można powiedzieć, pijacy. Zdobyli jeszcze w Niemczech spirytus metylowy, czyścili go i pili. Z okazji, że już jesteśmy blisko Polski, oni urządzili sobie większą ucztę. Oczywiście z tym spirytusem. Rano, gdy pociąg zatrzymał się w Ostrawie, usłyszeliśmy krzyki i nawoływania w sąsiednim wagonie. Gdy tam zaglądnąłem, zobaczyłem jednego Polaka, młodego, od Częstochowy. Leżał na wznak i miał oczy białe. Źrenic nie było. Koledzy kręcili się koło niego, pocieszali, że jeszcze będzie zdrowy, że będzie żył. Ale on słabnął w oczach. Zabrali go i zanieśli do szpitala w Ostrawie. Tam lekarz przepłukał mu żołądek, ale to nic nie pomogło. Po dwu godzinach zmarł. Chłopak przeżył obóz koncentracyjny w Dachau. Był jedynakiem. Był już blisko Polski i niestety, nie dojechał. A był oczekiwany z utęsknieniem przez matkę. Natomiast drugi, od Warszawy, w starszym wieku, oczu nie stracił ale go sparaliżowało. Chodził jak na drewnianych nogach.

Zatrzymano nas wreszcie w Boguminie na Czeskiej stronie. Zaczęli chodzić koło naszego pociągu. Jeden Rosjanin i jeden Czech z granicznej straży. Ja wiozłem rower, nie kradziony tylko kupiony. Ten Rusin zauważył rower ale jemu nie pasowało zabierać, więc poszeptał coś do tego Czecha. Ten przyszedł wprost do tego roweru i zabrał mi go na oczach całego transportu. Takie przyjęcie mnie spotkało w sąsiedniej Czechosłowacji. Tłumaczyłem, że nie ukradłem roweru, tylko pracowałem na miego w Niemczech kilka lat. Ale on nie słuchał, był zapatrzony w rower, no bo za rower będą pieniądze. Byłbym uniknął tej grabieży, bo mnie ludzie mówili: ty ten rower rozbierz na części i schowaj do worka. Ale ja nie wierzylem, że ktoś może mi zabrać to, na co ja ciężko pracowałem. Przywiązałem rower na zewnątrz wagonu, bo w wagonie była wielka ciżba.
strzałka do góry




Na polskiej ziemi
Wreszcie pociąg ruszył w dalszą drogę. Przyjechaliśmy nareszcie do Polski. Tu znów była kontrola bagaży. Jednak nic nie zabierali. Pojechaliśmy zaraz do Dziedzic. W Dziedzicach zostaliśmy na nocleg. Tu działał już Urząd Repatriacyjny. Po kiepsko przespanej nocy zawołano nas do tego Urzędu. Tu przeprowadzono ewidencję: gdzie był, co robił, gdzie jedzie. Dano nam po sto zł., na bilet i kazano jechać do domu.

Ale jak było jechać. W tamtych czasach pociągów było bardzo mało. Ostatecznie dostaliśmy się na pociąg osobowy do Krakowa. Właściwie on zdążał do Warszawy. Wysiedliśmy w Krakowie, ale większość pojechała dalej. W Krakowie wszędzie pełno wojska rosyjskiego, że ani przejść. W stronę Rzeszowa jechało nas trzech. Tamci byli od Przeworska. Gdy tak chodziłem po stacji w Krakowie, spotkałem siedzącego człowieka, kalekę o kulach. Ja mu się przyglądam, a on się pyta w którą stronę jadę. Mówię, że do Rzeszowa. On się ożywił i prosi mnie aby mu pomóc w drodze, bo on nie może chodzić. Mnie litość zebrała i przyżekłem mu opiekę. No dobrze, ale czym jechać ? Ludzie mówią nam, że wy inaczej nie pojedziecie, tylko na węglu, na rosyjskich transportach. Zorientowałem się, który pociąg jedzie do Rzeszowa i zainstalowaliśmy się na węglu.

Rosyjskie wagony są wysokie. Miałem dużo trudności wprowadzić tam kulawego i wnieść bagaż. Wreszcie pociąg ruszył. W wagonie tym jechało jeszcze kilkoro ludzi. Jak wywnioskowałem z ich rozmowy, byli to obieżyświaty, szabrownicy i czyhali aby co ukraść. W pobliżu Tarnowa spotkała nas burza, a my nie mieliśmy się gdzie schronić, więc przemoczyło nas. Gdy pociąg zatrzymał się w Tarnowie była już noc. Ja postanowiłem wysiąść w Tarnowie i przeczekać do jutra. Pomyślałem, że w Tarnowie jest stacja większa, to będzie można się na stacji przespać. W Rzeszowie stacja mniejsza i napewno rozbita, (bo wiedziałem, że tu stał front) to nie będzie schronienia.

Wyładowaliśmy się z moim kulawym. Ale gdyśmy tylko zeszli na ziemię spotkało nas rozczarowanie. Zauważyliśmy, że stacja zniszczona. Światła nie ma i nie wiadomo gdzie się udać. W dodatku, gdzieś stronami, słychać było pojedyncze strzały. Napędziło nam to strachu tak, że bylibyśmy chętnie wsiedli na nasz węgiel, ale tymczasem pociąg odjechał. Zauważyłem w pobliżu, za torami, kilka domów. Poszedłem tam zobaczyć, ale w żadnym z nich nie świeciło się. Zapukałem do pierwszego, nikt nie odpowiedział. W drugim tak samo. Pomyślałem więc, że jak będę się tu kręcił, to mi kto strzeli zza węgła, uważając mnie za złodzieja. Odszedłem więc szybko. Zauważylem budkę dyżurnego kolejarza pomiędzy torami. Wstąpiłem tam i opowiedziałem w jakim jesteśmy położeniu. Dyżurny mówi, że jemu nocować nikogo nie wolno. Ale ponieważ jesteśmy w tak trudnej sytuacji, to możemy u niego przesiedzieć do rana. Ucieszyło mnie to i poszedłem po mego kulawego i bagaże. Zniosłem bagaże, a potem przyprowadziłem kulawego.

Ulokowaliśmy się w drugim pomieszczeniu, na ławce i tak z biedą przespalismy do rana. Rano wyprowadziliśmy się na peron z nadzieją, że pojedziemy dalej. Niestety ten plan się nie udał. Przjechał pociąg od Krakowa, oczywiście towarowy, kryty. Pociągi takie czasowo przewoziły ludzi. O siedzeniu tam nie było mowy. Trzeba było jechać na stojąco, albo siadać na swoim bagażu. Gdy pociąg przyszedł, tłum ludzi oczekujących uderzył do niego aż się przewracali. O wsiadaniu trzeba było zapomnieć. Może ja sam byłbym się wcisnął, ale z bagażem i z kulawym było to wykluczone. Po namyśle postanowiliśmy jechać na węglu. Poszedłem między transporty węgla i dowiedziałem się, który pociąg jedzie do Rzeszowa. Gdyśmy jechali do Rzeszowa, ujrzeliśmy sprawiające przygnębienie, ponure zniszczenia wojny. Wsie popalone, tylko kominy stały, pola zryte okopami, zboża poniszczone. Mój kulawy towarzysz miał wysiadać w Dębicy. Baliśmy się, że pociąg się nie zatrzyma. Ale zatrzymał się i ja pośpiesznie sprowadziłem kulawego i podałem mu jego bagaż. Podziękował mi serdecznie i zaczął się rozglądać za jakąś furmanką. Miał jeszcze jechać około trzy km., do jakiejś wsi. Niedługo pociąg ruszył i wreszcie dojechałem do Rzeszowa.

Miasta nie mogłem poznać. Było zniszczone, odrapane, zaniedbane. Wyszedłem na ulicę i rozglądałem się za jakąś jazdą. Na samochód nie liczyłem, tylko na jakąś chłopską furmankę. Nie znalazłem nic i tak się martwię. Iść nie mogłem bo miałem ciężki bagaż. Wszedłem więc do jednego sklepiku i prosiłem aby mi przechował bagaż (bo na ulicy przecież nie zostawię) a ja pójdę poszukać furmanki. Za pół godziny przyjdę i zabiorę. Ale on nie chciał o tym słyszeć, bo sądził, że ja jestem szabrownikiem. Pokazałem mu kartę repatriacyjną. Uwierzył i pozwolił zostawić bagaż. Pobiegłem na miasto, ale że to był czwartek, nie było żadnego ruchu, nie było furmanek. Wreszcie spotkałem jedną na placu. Nie jechała w moją stronę, ale prosiłem tego człowieka, aby mnie odwiózł na rogatkę: gdzie jedna droga idzie do Tarnobrzega a druga do Stalowej Woli. Gospodarz zgodził się i podjechal po moje rzeczy. Pojechaliśmy na rogatkę, zdjąłem bagaże, zapłaciłem i gospodarz pojechał z powrotem. Ja zostałem czekać na okazję. Po długim oczekiwaniu nadjechała furmanka. Zatrzymałem i pytam dokąd jedzie. On mówi, że do Trzebowniska pięć km. Pomyślałem, że trzeba skorzystać i z tego. Tam się może druga okazja nadarzy.
 Poprosiłem gospodarza aby mnie zabrał. Jazda nie trwała długo i znów znalazłem się na drodze. Znów się rozglądam za jakąś jazdą. Ale wyszedł jeden gospodarz (domy tam były przy drodze) i pyta mnie gdzie chcę jechać. Mówię, że do Nienadówki piętnaście km. On mówi, że mnie może odwieść. Ucieszyłem się i pytam ile mnie to będzie kosztować. Ugodziliśmy się co do ceny. Zapłaciłem mu z góry. On przygotował wóz i małego konika i pojechaliśmy. Czym bliżej domu, tym więcej ciekawość mnie paliła. Czy też tam jest po staremu, czy się co zmieniło, czy wszyscy żyją. Wreszcie dojechałem do domu. W domu było wszystko po staremu. Żona była zdrowa, synek był zdrowy. Wszystkie zmartwienia i strachy odeszły. Znalazłem się w rodzinnym domu.
strzałka do góry


Write a comment

Comments: 2
  • #1

    Maryla (Friday, 08 August 2014 19:28)

    Bardzo ciekawe, czyta się świetnie.

  • #2

    Łukasz (Tuesday, 27 October 2015 19:08)

    Wciągająca historia, tym bardziej interesująca że to moje okolice.


About | Privacy Policy | Cookie Policy | Sitemap
Copyright © Bogusław Stępień - 08/05/2013